01.01.2017: Steinbeck

g-mak

 

Steinbeck

Pęknięte zwierciadło Ameryki

Opowieść Geerta Maka „Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki” stanowi zapis z podróży, którą autor odbył śladami tego znakomitego amerykańskiego pisarza po pięćdziesięciu latach od rzeczywistej wyprawy przyszłego noblisty po jego ojczyźnie. John Steinbeck wyruszył na wycieczkę po USA 23 września 1960 roku wraz ze swoim psem Charleyem w zielonej półciężarówce nazwanej Rosynantem. Powstał wówczas reportaż „Podróże z Charleyem”, stanowiący po półwieczu swoisty przewodnik dla holenderskiego pisarza i dziennikarza.

Amerykański twórca, który zapisywał swoje wrażenia z objazdu po kraju zza kierownicy auta, nie przywiązywał większej wagi do faktów i mających miejsce wydarzeń, a raczej pisał książkę na pograniczu reportażu i powieści. „Narracja książki często odbiega od miejsc i dat z listów Steinbecka pisanych po drodze. Sytuacje są czasami zbyt piękne, żeby były prawdziwe, dialogi zbyt ładne, gładkie i wyczerpujące” – dodawał Holender, który jako dziennikarz i ceniony autor reportaży unikał dodawania w swoim tekście fikcji. Ponadto jako znakomicie przygotowany do wyprawy obserwator, starał się dostrzec aktualną dynamikę Ameryki i jej społeczeństwa. Pisał: „Ten kraj jest niewyczerpanym źródłem opowieści i pomysłów, a wszystko jest zawsze trochę inne, niżby się mogło wydawać”. Cieszy zatem możliwość spojrzenia na Stany Zjednoczone oczami dwóch znakomitych ludzi pióra.

Współczesny Don Kichot

Steinbeck w swoich licznych powieściach opisywał Stany Zjednoczone, które znał. Był też świadkiem ciągłych zmian we własnej ojczyźnie, które z racji wykonywanego „zawodu” chciał poznać i opisać. Zwłaszcza, że jak podkreśla Mak: „Jego stara ojczyzna zmieniała się w niewyobrażalnym tempie, błyskawicznie znikała w oczach”. W latach pięćdziesiątych rodziła się amerykańska klasa średnia. Na masową skalę upowszechniono budowanie domów z prefabrykatów, które stały się osiągalne nawet dla mniej zamożnych rodzin. Spowodowało to bardzo szybki rozwój przedmieść, które stworzyły nową kulturę, właściwą sobie formę koegzystencji i relacji zamieszkujących je ludzi. Oznaczało to także koniec miasta czy wsi w dotychczasowym znaczeniu. Osiedla powstawały w niezamieszkanych dotychczas regionach, nawet w klimacie pustynnym. Były to czasy, kiedy czarni z Południa masowo przeprowadzali się na Północ do pracy w tamtejszych fabrykach. Gwałtownie zmieniała się mentalność: z hardego społeczeństwa doświadczonego biedą i naznaczonego wojną, zaczęło się przekształcać w społeczeństwo ludzi cieszących się życiem, skoncentrowanych na konsumpcji. Zmieniała się dominująca purytańska mentalność, wprowadzono tabletki antykoncepcyjne, ludzie masowo zaczęli zaciągać długi, co dla ich rodziców byłoby czymś nie do pomyślenia. Jednym z autorytetów, obok domu, szkoły i Kościoła, stała się telewizja, która diametralnie odmieniła perspektywę młodych, w dużym stopniu poszerzając możliwości, ale jak też doskonale zdajemy sobie sprawę, mocno je także w wielu zakresach ograniczając. „Ta cicha rewolucja społeczna, radykalne zmiany w priorytetach, zanikanie tradycyjnych wartości amerykańskich, takich jak oszczędność, skromność i solidarność, martwiła wielu obywateli”. Stawiało to pod znakiem zapytania wszelkie obowiązujące do tej pory normy i wartości.

W kraju z najlepszą gospodarką świata rodziło się dużo dzieci – przyszłych beneficjentów komfortowego życia. „Rok 1960 to szczytowy okres oszałamiającego, pastelowego dziesięciolecia. Średni roczny dochód Amerykanów wynosi 5 tysięcy dolarów, nowy dom kosztuje 12 500 dolarów, samochód 2600 dolarów, para butów 13 dolarów, a litr benzyny 6,7 centa” – podaje Mak. Nie dziwi zatem fakt, że Steinbeck aby przyjrzeć się zmianom świata, który znał, w swoją podróż wyruszył samochodem. Wielu bliskich noblisty w nazwie auta zaczerpniętej z „Don Kichota” Miguela de Cervantesa dopatrywało się równie szalonej jak w powieści, wyprawy błędnego rycerza na emeryturze, który w samotnej podróży chciał uwolnić znaną sobie Amerykę – swoją ojczyznę – od niebezpiecznych wiatraków symbolizujących zmiany. W wydanej kilka lat po wyprawie książce „Ameryka i Amerykanie” Steinbeck napisał: „To, co się z nami stało, wydarzyło się szybko i bezszelestnie: nadeszło ze wszystkich stron i było tym bardziej niebezpieczne, że udawało, że jest czymś dobrym. Czas wolny, przedtem przywilej bogów, przyszedł do nas, zanim wiedzieliśmy, co z nim począć, a całe dobro, które zaskakuje nas bez przygotowania, to jedna wielka katastrofa. Mamy wszystko, ale nie mieliśmy czasu, żaby znaleźć sposób na przemyślenie tych nowych spraw. Zmagamy się z życiem obecnym, ale też ze zwyczajami nabytymi w wyniku wielu doświadczeń w dalekiej przeszłości”.

Być może, jak sugeruje Mak, była to jedynie ucieczka starzejącego się mężczyzny przed ograniczeniami ciała i umysłu. Aby powstrzymać, choć na czas podróży, nieunikniony proces rozkładu, na który narzekał pisarz i wynikające z tego faktu uzależnienia od pomocy innych.

Ślady przeszłości

Mak na siedzeniu swojego jeepa miał, zamiast psa, stos książek, do których wielokrotnie w reportażu się odwołuje. Na miejscu pasażera towarzyszyła mu też żona. Z kolei zamiast grubej teczki z mapami, jaką musiał mieć noblista, Holender posiadał nawigację satelitarną, która prowadziła go po najtrudniejszych zjazdach z autostrady. Czasami tylko musiał posłużyć się mapą z lat sześćdziesiątych, aby skorzystać z dokładnej trasy swojego poprzednika i ominąć wybudowane w późniejszym czasie międzystanowe drogi.

Pierwsze strony lektury reportażu Amerykanina opisujące Sag Harbour – miejscowość nad Oceanem Atlantyckim, w której mieszkał Steinbeck – wystarczają, aby uzmysłowić sobie zmiany, jakie zaszły przez pół wieku w wyglądzie samego miasteczka. Co ciekawe, w dniu wyjazdu Holendra spod domu noblisty nad te tereny, jak pięć dekad temu, nadchodził właśnie huragan czwartej kategorii. Tym razem nie nazywał się Donny, ale Earl. Podejrzewam, że każdy niemal pisarz byłby zachwycony pojawieniem się takiej naturalnej klamry łączącej dwa, tak bliskie sobie dzieła. Mak z pewnością widział w tym dobry omen dla swojej przyszłej książki.

Przygotowanie Maka przed wyjazdem i przeczytane na temat historii i geografii Ameryki książki pozwoliły mu na stworzenie kompendium wiedzy o przeszłości kraju. Hojnie dzieli się on z czytelnikami informacjami na temat odwiedzanych miejsc i mających tam miejsce wydarzeń historycznych. Zwłaszcza, że te dwa elementy: historia i geografia, od zawsze na siebie wpływały. O powodach przyjazdu na te ziemie europejskich pionierów cytowany w reportażu Daniel Boorstin pisał następująco: „Kiedy Europa miała zbyt dużo historii, a za mało geografii, Ameryka miała stosunkowo mało historii, ale obfitość geografii”. W momencie przybycia Europejczyków na te ogromne tereny zamieszkiwane one były przez 5 do 10 milionów ludzi. Stary Kontynent liczył wówczas około 100 milionów mieszkańców. Ilekolwiek razy nie byłoby się w Stanach Zjednoczonych bezkresne przestrzenie kraju wywierają silne wrażenie i na długo pozostają w pamięci Europejczyków. Mak skupiając się na historii pionierów pokazuje też, w jaki sposób ówczesne wydarzenia i relacje społeczne ukształtowały obecnych Amerykanów z ich mentalnością skoncentrowaną na działaniu, gotowości do zmian i podjęcia ryzyka, indywidualizmie i przedsiębiorczości. Tłumaczy też, że niemały udział w tym procesie, miał fakt napływu wciąż nowych mas imigrantów. Oglądając stare drzwi sprzed dwóch wieków, pełne szczerb i nacięć po toporkach, uzmysławia sobie jednak szybko, że tutejsza historia nie jest taka prosta i również ma swoje ciemne karty europejskiej kolonizacji.

Ameryka utracona. Ameryka odnaleziona

Autor słusznie zauważa, że zamiast jednej historii Stanów Zjednoczonych należałoby opowiadać przynajmniej trzy, znacznie się od siebie różniące: europejską, indiańską i afroamerykańską. Zlepek tak radykalnie różnych ludów i kultur wywoływał wiele napięć i konfliktów u wszystkich grup. Dodatkowo do wewnętrznych tarć dochodziły także mające swoje konsekwencje dla całych społeczeństw wydarzenia historyczne. Istotne zmiany w ukształtowanej już mentalności pojawiły się m.in. wraz z zimną wojną, kiedy wyścig zbrojeń, a w USA głównie kryzys kubański, wywołał przerażenie możliwą wojną atomową. To właśnie ten strach, jak twierdzi Mak, spowodował, że „społeczeństwo amerykańskie stało się podatne na polityczny jad, który znamy aż za dobrze: ciągłe kłamstwa mediów i polityków, szukanie kozłów ofiarnych, plotki i nieuzasadnione pomówienia”. Skutki czego do tej pory widoczne są w działaniach oraz decyzjach tamtejszego rządu i polityków.

Holender spotykał wielu podróżników, spacerowiczów, urlopowiczów i turystów otwartych na świat, ciekawych innych ludzi i ich opowieści. W latach sześćdziesiątych pisarz poznawał głównie znużonych i wycieńczonych robotników: farmerów, leśników, czasami handlarzy. Ludzi zmęczonych życiem, zamkniętych w sobie i nieufnych. Mimo upływu czasu na podobny typ ludzi holenderski dziennikarz natrafiał w przydrożnych jadłodajniach. Dla obydwu autorów takie miejsce były idealne do przypatrywania się życiu przeciętnych Amerykanów, rozmów z nimi przy porannej dolewce czarnej kawy i typowych śniadaniach o porcjach, których wielkości przekraczają wszelkie europejskie normy. Ludzie, jeżeli poczeka się wystarczająco długo, z chęcią opowiedzą historię swojego życia. Chociaż Mak nie szczędził na ten temat też gorzkich uwag: „Codziennie rano widzę, jak nad jajecznicą, bekonem i słabą kawą wyparowuje optymizm i wiara we wszystkie zabezpieczenia socjalne klasy średniej. Gorzej, widzę, jak klasa średnia sama się pogrąża”. Należy pamiętać, że udał się on w podróż po tym, jak w latach 2007-2008 pękła bańka kredytów hipotecznych i rozpoczął się kryzys. Mechanizmy dobrobytu, którego rozkwit oglądał Steinbeck, właśnie ulegały rozpadowi. Stąd też tak liczne w spisanych w 2010 roku historiach opowieści o stracie dachu nad głową, bezrobociu i poczuciu porażki. „Pewność siebie, z jaką ludzie patrzyli kiedyś na życie zniknęła u większości obywateli” – zauważa Mak.

Kryzys związany z nieruchomościami okazał się tak dotkliwy również ze względu na to, jak ważny dla Amerykanów jest właśnie dom. „Home to budynek i sąsiedztwo, w którym mieszkasz. Miejsce o ustalonych regułach i normach”. Holender zauważa, że nigdzie nie kultywuje się w taki sposób miejsca swojego zamieszkania. Nie otacza tyloma rytuałami i przedmiotami jak w USA. Dom nie tylko określa status mieszkańca w związku z dzielnicą, w której się znajduje, ale stanowi przedmiot marzeń i życiowy cel, bo pokazuje jak nam się w życiu powiodło lub odwrotnie, gdy przyczepa kempingowa jest symbolem naszej porażki. Pojęcie home nie ma tak naprawdę odpowiednika w rzeczywistości. Jest iluzją, idealizacją, nierozerwalnie związaną z marzeniem o lepszym życiu, rodzajem raju utraconego. Nawet przedsiębiorcy nie stawiają budynków, ale budują home. Takie domki, otoczone białym płotkiem, z przyciętym, zadbanym trawnikiem i bawiącymi się na nim dziećmi, leżą w niewielkim mieście lub na przedmieściach. Obrazu dopełnia fakt, że ów home nie powinien być wynajmowany przez zamieszkujących go ludzi, ale stanowić ich własność Jest to zaskakujące o tyle, że według badań statystycznych przeciętny Amerykanin przeprowadza się w życiu co najmniej dziesięć razy. „Steinbeck podczas podróży bez przerwy dziwił się, że Ameryka mimo tylu różnic wciąż istnieje”. Mak równie często zdaje się być zaskoczony swoimi obserwacjami i odkryciami.

Walka z wiatrakami           

Noblista nie ukrywał, że jego podróż była ucieczką. Owszem obserwował mijane krajobrazy, zastanawiał się nad zmianami zachodzącymi w jego kraju, rozmawiał z napotykanymi ludźmi, ale jednocześnie próbował się oddalić od własnych problemów. M.in. od kłopotów ze zdrowiem i wynikającą z nich nadmierną troskliwością żony, która mimo dobrych chęci uzmysławiała mu, że nie jest już silnym, dzielnym mężczyzną. Uciekał z nowoczesnego miasta, ale i od siebie, obrazu słynnego pisarza, jaki stworzył, a któremu nie mógł już z racji wieku sprostać. Jak sam pisał o sobie, jego podróż zaczęła się na długo przed wyjazdem, a skończyła na długo przed powrotem do domu. „Operacja Wiatraki zaczęła rozpadać się już w Chicago, proces przyspieszył w Seattle, a mniej więcej w Monterey Steinbeck się poddał” – dodaje Holender. Ale też spogląda na swojego bohatera przychylnie i ocenia go łagodnie: „Jeśli patrzeć na całe życie Steinbecka, ta książka jest przede wszystkim wyrazem odwagi. Odwagi i może rozpaczy, ale bardziej chyba odwagi”.

Można też spojrzeć na zmagania pisarza z nieco innej perspektywy. Jego syn, John Steinbeck junior napisał o wypełnionych rozmowami z różnymi napotkanymi osobami „Podróżach z Charleyem”: „Jesteśmy z Thomem [drugim synem] przekonani, że nigdy nie rozmawiał z żadnym z tych ludzi. Siedział tylko w swoim samochodzie i pisał ten cały shit”. Z pewnością ten cytat pokazuje, jak ciężką walkę ze sobą, swoim pisarstwem i światem staczał on każdego dnia swojego życia i jaką cenę przyszło za to zapłacić jego bliskim.

 Małgorzata Golik