02.04.2017: Kongo

Kongo

Kongo

Kraj wojen i niewolników                 

Demokratyczna Republika Konga to drugie co do wielkości państwo Afryki położone w środkowej części tego kontynentu – w dorzeczu rzeki Kongo. Joseph Conrad w „Jądrze ciemności” opisał burzliwe dzieje tego kraju w epoce rządów króla Leopolda II, jednak region ten targany był konfliktami i zbrojnymi starciami, w których ginęły miliony niewinnych ludzi, także w późniejszych czasach kolonialnych oraz po uzyskaniu przez Kongo niepodległości. Historię skomplikowanej przeszłości i problemów, z jakimi do dziś borykają się Kongijczycy, przedstawił w swoim reportażu „Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju” belgijski pisarz David Van Reybrouck. Złożone i skomplikowane procesy zachodzące na styku wielkiej zachodniej polityki i gospodarki, przedstawił na przeszło siedmiuset stronach, pokazując jak mechanizmy zglobalizowanego świata kształtują wydarzenia i oddziałują na losy nieświadomych ich istnienia ludzi.

Różne oblicza przeszłości

Pisarz w swojej obszernej książce nie tylko szeroko korzysta z dostępnej literatury czy dawnych relacji misjonarzy i etnografów, ale często odwołuje się do rozmów z naocznym świadkami wydarzeń z ostatnich dziesięcioleci, którzy, choć dla dziejów państwa zwyczajni i anonimowi, zostali naznaczeni dziejącą się na jego terenach „wielką historią”. Van Reybrouck podkreśla: Próbując przynajmniej przeciwstawić się eurocentryzmowi, który z pewnością będzie mi płatał figle, uznałem za konieczne przyjmowanie lokalnych punktów widzenia, gdyż oczywiście nie istnieje jedna jedyna kongijska wersja historii, tak samo jak nie istnieje jedna belgijska, europejska czy po prostu „biała” jej wersja. Z opowieści dziewięćdziesięciolatków o ich rodzicach i dziadkach można bowiem odtworzyć zapomniane elementy przeszłości, cofając się w naprawdę odległe czasy, zwłaszcza, że ta perspektywa nie została nigdy przekształcona w tak popularne w odniesieniu do Europy źródła pisane.

Zmiany, jakie zaszły w kraju przez ostatnie dziesięciolecia, można prześledzić już w samym nazewnictwie. Kiedy w 1885 roku obszar ten dostał się pod panowanie króla belgijskiego Leopolda II otrzymał nazwę Wolnego Państwa Kongo. Po tym, jak w 1908 roku władcę zmuszono do przekazania swojego afrykańskiego terytorium, zyskało ono miano Konga Belgijskiego, a od roku 1960, kiedy stało się niepodległym krajem, mieliśmy do czynienia z Republiką Konga. Taką nazwę nosiło ono jednak tylko przez pięć lat, gdyż po zamachu stanu i zdobyciu władzy przez Mobutu Sese Seko na ponad ćwierć wieku zamieniono ją na Zair. Obecne określenie, Demokratyczna Republika Konga, wiąże się z przejęciem władzy przez Laurenta-Désiré Kabilę w 1997 roku, mimo że na rzeczywistą demokratyczność kraj musiał czekać jeszcze kilka lat, aż do wolnych wyborów w 2006 roku, w których prezydentem został Joseph Kabila, syn zamordowanego kilka lat wcześniej Laurenta-Désiré.

W dorzeczu Konga

Obszar kraju „wymyślonego” przez Leopolda II nie odpowiadał miejscowym realiom politycznym, nie uwzględniał podziałów plemiennych, ale charakteryzował się niebywałą spójnością geograficzną, w dużej mierze pokrywając się z dorzeczem rzeki Kongo. Tak wyznaczone granice i klimat powodują, że niemal dwie trzecie państwa pokrywa obfitujący w bogactwa naturalne i minerały las równikowy. W samym wnętrzu kraju etnografowie w XX wieku wydzielili jednak około czterystu różniących się od siebie grup etnicznych, stanowiących odrębne wspólnoty z własną tradycją kulturową, zwyczajami, wierzeniami, często też odmiennymi językami lub dialektami. W stolicy państwa, Kinszasie, żyje trzynaście procent z sześćdziesięciu milionów mieszkańców, jednak większość Kongijczyków nadal zamieszkuje przede wszystkim obszary wiejskie. Kongo-Kinszasa (nazwa często używana w celu odróżnienia od sąsiedniego Konga „francuskiego”, funkcjonującego jako Republika Konga i zwanego też Kongo-Brazzaville) graniczy z dziesięcioma krajami i ta duża liczba państw ościennych była wielokrotnie przyczyną poważnych konfliktów w tym regionie.

Belgijski pisarz zaczynając opowieść o tej krainie podkreśla, aby zmienić europocentryczne spojrzenie, że choć Afryka Środkowa przed przybyciem Henry’ego Mortona Stanleya nie miała pisma, nie oznacza to, że nie miała swojej historii. Dodaje: Jeśli istniało już jakieś jądro ciemności, tkwiło ono raczej w ignorancji, z jaką biali badacze postrzegali ten obszar, niż w samym obszarze. Bywa, że „darkness”, ciemność, „jest w oku patrzącego”. Van Reybrouck stwierdza, że kraj nie musiał czekać na walijskiego poszukiwacza przygód, Stanleya, aby wkroczyć w bieg historii, gdyż już w 1500 roku tereny te brały udział w światowym handlu. Chociaż większość mieszkańców interioru nie zdawała sobie z tego sprawy, codziennie spożywała rośliny pochodzące z innego kontynentu. Od tego też czasu przez najbliższe dwieście pięćdziesiąt lat całe zachodnie wybrzeże, a przede wszystkim dorzecze Konga, było zaangażowane w handel niewolnikami. Według ostrożnych szacunków, z liczącego około czterysta kilometrów pasa zachodnich wybrzeży Afryki, wysłano na statkach niewolniczych aż cztery miliony ludzi, czyli jedną trzecią całkowitej liczby niewolników będących „przedmiotem handlu atlantyckiego”. Oznaczało to, że mniej więcej co czwarty niewolnik na plantacji bawełny czy tytoniu na amerykańskim południu pochodził z terenów równikowych. Handel prowadzili Europejczycy: Portugalczycy, Brytyjczycy, Francuzi i Holendrzy.

W łodziach z interioru płynął na wybrzeże także bardzo istotny wówczas, luksusowy produkt – kość słoniowa. Związane z handlem transporty rzeczne przyczyniły się do rozwoju konkretnych regionów, choć jednocześnie cierpiały na tym odwieczne formy życia plemiennego, które uległy osłabieniu. Zwłaszcza, gdy na ziemiach tych pojawił się oznaczający posiadanie władzy proch. Od XVI wieku różne królestwa dorzecza Konga odwiedzali także portugalscy jezuici i włoscy kapucyni chrystianizując napotkane ludy. Żadne tam ponadczasowe królestwo przyrody pełne szlachetnych dzikusów lub żądnych krwi barbarzyńców. Było to, co się działo: historia, ruch, próby powstrzymania nieszczęścia, sprowadzające czasem ze sobą nowe nieszczęście – pisze reportażysta.

Duch króla Leopolda II

Około połowy XIX wieku Europejczyków opanowała gorączka podróżnicza i chęć odkrycia wszystkich nieznanych zakątków na mapach świata. Prasa oraz towarzystwa podróżnicze i geograficzne rzucały wyzwanie odkrywcom, przyciągając wielu śmiałków, którzy wyruszali na wyprawy badawcze. Wówczas też zapanowała moda na docieranie do źródeł strumieni i rzek. W taki sposób w 1871 roku brytyjski lekarz, misjonarz i podróżnik David Livingston odnalazł we wschodnim Kongu rzekę Lualabę i założył, że może być to początek Nilu. Okazało się jednak, że jest ona źródłem innej potężnej rzeki – Konga. Kolejny podróżnik, wspomniany już Stanley, wysłany na poszukiwania zaginionego nad brzegami jeziora Tanganika Livingstona, jako pierwszy przemierzył rzekę wzdłuż całego jej brzegu, czego świadectwa widoczne są do dziś w nazwach (np. Wodospady Stanleya czy Góra Stanleya). Nie wiedział, że jego podróż zmieni życie setek tysięcy mieszkańców Afryki Środkowej, którzy dowiedzieli się wówczas o istnieniu innych kontynentów czy rewolucji przemysłowej. Doszły do tego polityczne zmiany w Europie, której państwa rywalizując między sobą, zabiegały o poszerzenie swoich wpływów w zamorskich posiadłościach. Pisarz dodaje: melanż uprzemysłowienia z nacjonalizmem miał doprowadzić do kolonializmu charakteryzującego XIX wiek. Jest to istotne o tyle, że początkowo zainteresowanie Europejczyków tym obszarem było merkantylne, dotyczyło bowiem tylko działalności gospodarczej. Jednak wzrost rywalizacji na starym kontynencie sprawił, że strefy wpływów przekształcano stopniowo w stałą obecność polityczną, czego wyrazem było zakładanie na eksploatowanych obszarach kolonii.

Van Reybrouck, w opozycji do powszechnie panującej opinii, podkreśla przy tym, że Leopold II uważał, iż zaangażowanie w Afryce Środkowej przysłuży się młodemu krajowi, jakim była wówczas Belgia zarówno wizerunkowo, jak i finansowo. Cokolwiek można by o nim powiedzieć, nie czynił tego wyłącznie dla siebie, ale również dla narodu i ojczyzny. Nie była to więc wyłącznie kwestia jego osobistych ambicji i megalomanii. Król wiedział również, że wyłącznie znający już te ziemie Stanley jest w stanie zrealizować jego kolonialne ambicje. Wysłany wraz z innymi podróżnikami, geografami i przedsiębiorcami miał za zadania nakreślić granice kolonii i określić status Afryki Środkowej. Tym razem podróżował w odwrotną stronę rzeki, czyli do jej źródeł, zakładając po drodze handlowe placówki i pertraktując z lokalnymi przywódcami. Poza otwarciem interioru dla handlu i kultury, otworzył go również dla niemoralnych przedsiębiorców. Ówczesną sytuację pisarz podsumowuje gorzko: Jakiś Włoch na własną rękę wykupywał kawałki Afryki dla Francji, jakiś Brytyjczyk, Stanley, kupował inne dla belgijskiego władcy: nazywano to dyplomacją, ale była to gorączka złota.

Choć sam król nigdy nie postawił stopy w swojej zamorskiej posiadłości, inwestował wiele własnych pieniędzy w rozbudowanie swojego państwa i nowych stacji. Koszty utrzymania miały być najniższe, a zysk jak największy. Gwałtowne protesty tubylczej ludności brutalnie tłumiono. Coraz więcej belgijskich obywateli organizowało swoje życie w nowym kraju, wśród nich głównie oficerowie, dyplomaci i przedsiębiorcy. Ziemia Leopolda II pozwalała spełnić marzenia przeciętnego Belga o egzotycznym życiu żołnierza, agenta albo misjonarza w dalekim kraju Afryki. Z biegiem czasu królewskie piękne idee i deklaracje o wolnym handlu i zniesieniu niewolnictwa zupełnie się rozmyły, a ich miejsce zajęła przemoc na niewyobrażalną skalę, okrucieństwa i morderstwa dotykające milionów autochtonów. Uciemiężenie i terror były na porządku dziennym, zwłaszcza, kiedy Belgia zaczęła masowo pozyskiwać z drzew w lasach równikowych kauczuk. Wprowadzono także okrutną karę, która stała się symbolem panowania Leopolda II w Kongu – obcinanie dłoni.

Kolonializm i jego dziedzictwo

Brutalność belgijskiego króla były tylko preludium do wydarzeń, jakie rozegrały się na tych ziemiach w wieku XX. Potworności Wolnego Państwa trwały do 1908 roku, po którym zaczął się okres kolonializmu sensu stricto. Belgijski parlament, a więc belgijskie społeczeństwo, przejęło panowanie nad krajem aż do 1960 roku. Nowe władze, choć przejmowały się losem Kongijczyków, nie zostały przez nich wybrane. Belgowie nie zasięgali więc opinii autochtońskiej ludności, ale litościwie się o nią troszczyli. I owa troska państwa ingerowała w każdy aspekt życia, od sformalizowania i narzucenia przynależności etnicznej, do ograniczeń swobodnego przemieszczania się i przydzielania sztucznych ról społecznych, które służyły jedynie uporządkowaniu i podporządkowaniu sobie przez kolonizatorów nie rozumianego przez nich świata. Dodatkowo liczne bogactwa naturalne kolonii spotęgowały eksploatację terenów i zamieszkujących je ludzi. Jak zauważa pisarz: Z bajecznych zysków, jakie tam osiągano, z reguły ani okruch nie trafiał do społeczeństwa. Kongo, jako kolonia europejskiego kraju, zmuszone było także wziąć udział w dwóch wojnach światowych. Narastające niezadowolenie społeczeństwa wywołało jednak pod koniec lat pięćdziesiątych błyskawiczne zmiany, a cieszący się uzyskiwaniem kolejnych praw Kongijczycy nie wiedzieli, że najgorsze miało jednak nadejść wraz z uzyskaniem 27 czerwca 1960 roku niepodległości.

Skrótowe nawet przedstawienie kolejnych wydarzeń wymagałoby zapisania kilku stron faktów, nazwisk i wzajemnych zależności. Od czytelnika, który zdecyduje się na dalszą lekturę książki, ta czynność będzie na pewno wymagać nie lada uwagi przy skrupulatnym poznawaniu kolejnych epizodów i zdarzeń. Działo się bowiem wiele: najpierw wybór pierwszego premiera Demokratycznej Republiki Konga, a następnie zastrzelenie Patrice’a Lumumby; później wojskowy zamach stanu Josepha-Désiré Mobutu w 1965 roku, który po zmianie własnego nazwiska i nazwy kraju, jako Mobutu Sese Seko wprowadził w Zairze krwawe i okrutne tyrańskie rządy na ponad trzy dekady. Kolejno w annałach zapisały się dwie równie krwawe wojny domowe, w których uczestniczyły także państwa ościenne. W czasie pierwszej z nich, w latach 1996–1997 zginęło ponad dwieście tysięcy cywilów. Drugi konflikt z lat 1998–2003, który zaangażował osiem krajów afrykańskich, okazał się być największą wojną w nowoczesnej historii Afryki. Z powodu głodu i chorób zginęło w trakcie jej trwania i kilka lat po jej zakończeniu około 5,5 miliona ludzi.

Po kilkusetstronicowej relacji z wydarzeń mających miejsce w niedawnej historii Konga nie dziwi więc fakt, że jednemu z ostatnich rozdziałów reportażu, dotyczącemu lat 2006–2010 Van Reybrouck, który wielokrotnie odwiedził opisywany przez siebie kraj, nadał wieloznaczny podtytuł: Nadzieja i beznadzieja w rodzącej się demokracji.

Możliwość happy endu

„Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju” to lektura trudna, obfitująca w szczegóły i niejednoznaczne portrety postaci odgrywających w opisanych konfliktach istotną rolę. Pisarz prowadzi czytelnika przez skomplikowane meandry polityki światowej, ale i lokalno-regionalnej, pokazując złożoność zarówno istoty konfliktu, jak i możliwości jego zakończenia. Udaje mu się jednak uniknąć jednostronnych ocen. Co istotne, mimo swojej ogromnej wiedzy na temat Konga i jego historii, daleki jest od dawania rad lub snucia ewentualnych scenariuszy. Jego siłą w pragnieniu pokazania kraju i prawdy o nim staje się sam język. Przeciwstawia się za jego pomocą pisaniu historii przez zwycięzców, tak jak w przytoczonej relacji Disasi Makulo, jednego z bohaterów reportażu, który przypomina opowieść swoich przodków: Widzieliśmy ludzi chodzących tam i z powrotem; noszą przy sobie coś w rodzaju pustego kija; gdy w niego uderzają, rozlega się dźwięk pam, pam, a wtedy pojawiają się ziarna, które ranią i zabijają ludzi. Straszne!.

Van Reybrouck prezentuje czytelnikowi ogromny zasób informacji, z których ten samodzielnie musi wyciągnąć wnioski. Niestety, patrząc na ostatnie półtora wieku historii Demokratycznej Republiki Konga, trudno pozostać optymistą…

Małgorzata Golik