05.11.2017: Syria – kraj, którego już nie ma

Syria – kraj, którego już nie ma

Zbrojny konflikt w Syrii trwa już tak długo, że przyzwyczailiśmy się do pojawiających się regularnie w telewizji i prasie informacji na jego temat. Wojna toczy się też na tyle daleko, że z codziennych zmagań Syryjczyków – poza problemem migrantów – docierają do nas jedynie echa. W tym momencie, nawet śledząc z uwagą doniesienia na temat konfliktu, trudno dokładnie powiedzieć jak wygląda sytuacja kraju i jego mieszkańców, gdyż zmienia się ona z dnia na dzień. Znacznie pewniejsza jest wiedza o dotychczasowym przebiegu działań zbrojnych w Syrii oraz wydarzeniach, które doprowadziły do eskalacji przemocy. Dzięki lekturze książki Janine di Giovanni „Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii” możemy cofnąć się nieco w czasie i razem z amerykańską dziennikarką i reporterką przyjrzeć się początkom konfliktu. Wrócić do roku 2012, czyli trudnego obecnie do wyobrażenia momentu, w którym będące w powijakach ISIS miało dopiero urosnąć w siłę, która wprowadzi w Syrii barbarzyńską postać szariatu i islamu.

Śladami dawnej świetności

W pierwszej dekadzie XXI wieku w Aleppo rozwijała się na niebywałą dotąd skalę turystyka, restaurowano najcenniejsze zabytki, a miasto w 2006 roku uzyskało tytuł Stolicy Kultury Islamskiej. Miejsce to miało stać się „drugim Marrakeszem”: egzotyczną, gościnną krainą o prastarym rodowodzie. Liczące tysiące lat „Miasto Orientu” z budowlami ze złocistego kamienia kusiło zwiedzających łagodnym klimatem, urokliwymi kawiarniami, dobrymi restauracjami, a ponadto doskonałą infrastrukturą i wygodnymi połączeniami niemal z każdym zakątkiem świata. Któż nie chciałby bowiem odwiedzić najdłużej (i nieprzerwanie) zamieszkiwanego miasta na Ziemi, którego historia, utrwalona w jego pięknych budowlach, sięga trzeciego tysiąclecia przed naszą erą. Aleppo, będące w przeszłości punktem końcowym Jedwabnego Szlaku, stało się na wieki bogatym ośrodkiem handlowym o strategicznym znaczeniu. Co ciekawe w 2011 roku mieszkało w nim więcej chrześcijan niż w Bejrucie, a miasto uważano za jedno z najbardziej zróżnicowanych etnicznie miejsc w Syrii, gdzie wspólnie żyli Arabowie, Kurdowie, Ormianie, Turcy, Asyryjczycy, Czerkisi, Grecy i Żydzi.

Di Giovanni przyjechała do Aleppo w grudniu 2012 roku, kiedy wojna domowa w Syrii trwała już od ponad półtora roku. Przechodząc jego ulicami nie mogła doszukać się jednak dawnej świetności trzeciego co do wielkości miasta imperium osmańskiego. Według reporterki w oblężonym wówczas Aleppo jak w soczewce skupiła się cała syryjska wojna, stało się ono Leningradem toczącego się konfliktu – symbolem trwania w oporze. Podobnie jak w innych miastach: Damaszku, Hims czy Hamie wojna zaczęła się tu wraz z prodemokratycznymi wiecami przeciwko autokratycznym rządom Asada organizowanym na fali wydarzeń arabskiej wiosny. „Większość obiektów wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO, w tym stare miasto, uległa zniszczeniu. Podobnie jak życie mieszkańców Aleppo” – podsumowuje gorzko reporterka sytuację po przejęciu miasta przez rebeliantów, czego konsekwencją było odcięcie niemal wszystkich jego dróg zaopatrzenia.

„W tym miejscu, aby utrzymać się przy życiu, trzeba posiąść dwie zasadnicze umiejętności: ukrywania się przed zrzucanymi przez siły rządowe bombami beczkowymi oraz zdobywania pożywienia” – pisze di Giovanni. Głównie na tym bowiem upływa życie cywilów, ale także rebeliantów czy zwolenników strony rządowej, którzy także nie otrzymują pensji czy pomocy humanitarnej. Codzienność w takim miejscu polega na ciągłym, nieustannym odczuwaniu nędzy, głodu, zmagań z chłodem i wysiłkiem znalezienia lokum na kolejną noc. W mieście pleni się przy tym przestępczość, często stanowiąc jedyny sposób na przetrwanie. Ciężko też ustalić, kto popiera jakie siły czy do jakich grup przynależy, gdyż frakcje zmieniają się jak obrazy w kalejdoskopie. Dochodzi do zdrad, bratobójczych walk, w konsekwencji czego w relacjach z innymi trudno o zaufanie.

Obecnie mury dawnych zabytków Aleppo służą za barierę ochronną, a fragmenty starożytnych budowli wykorzystywane są przez snajperów, jako podpórki pod karabiny. Deklaracje dotyczące ochrony dziedzictwa są bowiem w równej mierze ignorowane, jak wszelkie prawa, apele, rezolucje i potępienia wypowiadane od początku wojny w kierunku Syrii przez przypatrujące się bezczynnie konfliktowi kraje i organizacje. „Świat biernie się temu przyglądał” – konkluduje dziennikarka. Jak niemal zawsze, można by dodać. Zwłaszcza, że sytuacja zaostrzających się animozji przed wybuchem wojny w Syrii jest kopią analogicznych sytuacji z byłej Jugosławii czy Rwandy, kiedy przebywający w danej strefie żołnierze ONZ, pełniący jedynie funkcję obserwatorów, po prostu zawieszają działalność i wyjeżdżają, gdy sytuacja staje się zbyt niebezpieczna dla ich życia.

Syryjska wersja arabskiej wiosny

Nakreślone przez kolonistów po zakończeniu II wojny światowej nowe mapy podziału granic w tym regionie, były według dziennikarki przyczyną długiej serii walk, zdrad i aktów przemocy, które stały u podstaw mającej się rozegrać dekady później erupcji konfliktów i wzajemnych pretensji. Odwiedzając największe miasta Syrii w czasie ciężkich walk na przestrzeni 2012 roku, reporterka miała kontakt z ludźmi, którzy chcieli, a przede wszystkim mieli odwagę, podzielić się swoimi historiami. W trakcie licznych spotkań wysłuchiwała opowieści i relacji, poznawała biografie swoich rozmówców, starając się im pomóc, choćby miało się to ograniczyć jedynie do przekazania ich punktu widzenia innym. Próbowała też stworzyć adekwatny na daną chwilę obraz walczących stron i przedstawić światu często anonimowych bohaterów walki o wolność. Niejednokrotnie narażając ich – lokalnych działaczy czy aktywistów – na duże niebezpieczeństwo ujawnienia ich kryjówek. Zauważyła, że oprócz zwolenników reżimu, ich przeciwników i ludzi, którzy chcieli na wojnie osiągnąć osobiste zyski, istniała też spora grupa osób, która nie angażowała się w konflikt lub popierała zwycięską w danej chwili frakcję, gdyż jej zmartwieniem było wyłącznie przetrwanie.

Mimo podziału na obozy i grupy, di Giovanni pisze przede wszystkim o jednostkowych losach niewinnych ludzi skonfrontowanych z wielką polityką i, jak to zawsze bywa w czasie wojen, wprzęgniętych w historię. Zdarzało się, że będąc w spokojniejszym akurat rejonie kraju pisarka zmagała się ze świadomością, że w innym mieście, oddalonym zaledwie o godzinę drogi, ludzie umierają z głodu lub dokonywana jest właśnie rzeź, a przez granice z Turcją, Jordanią i Libanem przetaczają się fale uchodźców szukających możliwości nakarmienia swoich bliskich i uniknięcia niechybnej śmierci od kul. Kierowany ideą wolności, „wybudzony ze snu” naród syryjski, po roku od pokojowych protestów już wiedział, że hasła walki z korupcją, nepotyzmem, bezrobociem, brakiem perspektyw czy przemocą policji straciły na swojej aktualności. Jeden z bohaterów książki podkreśla: „Na początku chodziło o wolność i walkę o swoje prawa. Później pojawiły się karabiny”.

W bratobójczej walce jest wszystko to, czego człowiek nie powinien nigdy doświadczyć. Jedna z rozmówczyń mówi o doznaniu najwyższego według niej stopnia bezradności, który pojawia się, kiedy matka nie może pomóc własnym dzieciom. Taką jest choćby opisywana przez dziennikarkę sytuacja, w której zwykła infekcja, z powodu niedożywienia, braku dostępu do lekarza i leków sprawia, że dziecko, które w Polsce dostałoby antybiotyk i szybko wyzdrowiało, umiera w ramionach nie mogącej nic więcej zrobić matki. Konsekwencją działań zbrojnych jest też to, iż ludzie tracą przyjaciół i rodzinę, gdyż część z nich wyjechała, inni zaś zostali zabici.

W tym świecie wojna ma także swoje dźwięki: „Świst spadających bomb słychać kilka sekund przed uderzeniem – na tyle wcześnie, by wiedzieć, że za chwilę się umrze, choć za późno, by uciec”. Każde wyjście z domu w poszukiwaniu jakiegokolwiek pożywienia, może skończyć się śmiercią. „Wojna to zniszczenie, to szkielet i szczątki czyjegoś życia”, a codziennością jest błoto, brud i strach. I ogromna tęsknota za normalnością: pójściem do sklepu za rogiem, smakiem świeżego pieczywa, wypaleniem papierosa w pogodny wieczór, możliwością przejrzenia codziennej gazety czy pocałowania dziecka przed jego wyjściem do szkoły.

Rany, które się nie goją

Korzystanie z argumentów siły w najbardziej okrutnym z konfliktów zbrojnych, czyli wojnie domowej, jest również elementem codzienności Syrii. Jednym z celów dziennikarki było spotkanie ludzi – ofiar reżimu Asada – którzy opowiedzieliby światu, co ich spotkało i jak po barbarzyńskich torturach, jakich doświadczyli, wygląda ich życie. Dziennikarka doświadczyła tego rodzaju lęku osobiście, gdyż w Damaszku jak cień chodziło za nią trzech oficerów tajnej policji Al-Muhabaratu. Na ulicach dało się odczuć przerażającą, paranoiczną atmosferę strachu, przypominającą di Giovanni tę znaną jej już z Iraku czasów Saddama Husajna. Być może byli to ci sami ludzie, gdyż wielu członków partii Bass z otoczenia irackiego dyktatora zbiegło po jego śmierci do mekki ugrupowania, jaką była dla nich Syria. To ich obecność sprawiała, że rozmowy na ulicach prowadzono szeptem, a poczucie nieufności jakie wywoływali w Syryjczykach powodowało, że po pojawieniu się kelnera przy stoliku w restauracji czy kawiarni przerywano wszelkie dyskusje.

Od samego początku w stosunku do protestujących stosowano przemoc, choćby wtedy, gdy maszerujących ostrzeliwały rządowe siły bezpieczeństwa. Ludzie od zawsze bali się w Syrii policji, a tego rodzaju strach towarzyszył im od dziecka. Wszyscy podejmujący w sposób jawny czy w ukryciu działania mające zmienić sytuację w kraju mogli oczekiwać konsekwencji. Jednak po rozpoczęciu wojny każda z takich osób miała pewność, że prędzej czy później zostanie aresztowana. Zeznania, czyli informacje o współpracownikach i innych zaangażowanych w działania opozycji osobach, wymuszano torturami – tak strasznymi i okropnymi, że nie tylko skłaniały do mówienia, nawet tych, którzy nic nie wiedzieli, ale na zawsze zmieniały dotkniętą nimi osobę. Di Giovanni, zdając sobie sprawę, że sprawcy jak i ofiary są jednej narodowości, pisze: „Najgłębsza otchłań, jakiej może doświadczyć istota ludzka, to zadawanie lub doświadczanie tortur. Celem torturującego jest sprawienie przerażającego bólu i odczłowieczenie torturowanego. Akt ten unicestwia nie tylko dusze obu stron – kata i ofiary – ale także same fundamenty społeczeństwa. Poddając mężczyzn bądź kobiety przemocy i gwałtowi lub jeszcze gorszym formom cierpienia, można pozbawić ich ludzkiej godności”.

Zwłaszcza, że już na początku 2012 roku zaczęły pojawiać się doniesienia o masowych gwałtach dokonywanych przez obie strony konfliktu. W błyskawicznym tempie stały się one główną przyczyną ucieczek poszczególnych osób i całych rodzin z kraju. Nic nie wywoływało takiego strachu w ludziach, jak właśnie groźba gwałtu, a co gorsza bycie świadkiem dokonywania takiego czynu na najbliższych: żonach, córkach, matkach. Okazuje się jednak, że nie tylko kobiety były ofiarą przemocy na tle seksualnym. Wiele relacji wskazuje, że proceder ten dotykał także mężczyzn, zwłaszcza w aresztach, więzieniach i miejscach odosobnienia. Dziennikarka dodaje: „Gwałt jest przerażającym aktem przemocy i zniewolenia w każdym społeczeństwie, lecz w kulturze muzułmańskiej ma wyjątkowo destrukcyjne działanie. W islamie na kategorii czystości płciowej opiera się zasadnicza koncepcja honoru, a gwałt stanowi ujmę nie tylko dla ofiary, ale także dla rodziny”. I mimo, że przemoc na tle seksualnym nie ma, jak to było w Rwandzie charakteru zaplanowanej strategii „wymazania” pewnego materiału genetycznego, to ma ona miejsce nagminnie. Ofiary takich traum już na zawsze pozostają ze swoim bólem, strachem, cierpieniem, smutkiem, wstydem i wstrętem, a także przytłaczającą falą wspomnień. Autorka nie oszczędza w tym względzie czytelnika relacjonując liczne okrutne i nieludzkie przypadki tortur, które dotknęły jej rozmówców.

Spojrzenie w przyszłość

Amerykankę przeraża przyzwyczajenie się Syryjczyków do dźwięków wybuchów bomb i ostrzałów karabinów, na które przestali zwracać uwagę, gdyż stały się elementem ich wojennej codzienności. Widziała zmęczenie ludzi konfliktem i ich pragnienie, żeby w końcu się skończył. Patrząc z perspektywy opublikowania książki dwa lata od mających miejsce wydarzeń sama nie może uwierzyć, że przez ten czas sytuacja nie zmieniła się na lepsze. Być może jakiś fragment Syrii został przejęty przez partyzantów, inny odebrany im przez siły rządowe, ale nadal dla cywilnych mieszkańców trwa wojna, której końca nie widać.

Skontaktowawszy się po roku od opisywanych zdarzeń z jednym z nielicznych syryjskich lekarzy, który chcąc ratować własną rodzinę zmuszony był wyjechać do Turcji dowiedziała się, że mimo że za granicą urodziło mu się dziecko i mając świadomość beznadziei, jaka zapanowała w jego ojczyźnie, nie chce rezygnować z powrotu. „Nie mógłbym nie wrócić” – stwierdza mimo dramatycznej sytuacji w kraju. Pozostający na miejscu Syryjczycy raczej nie mają już nadziei. Na pewno nie na pomoc z zewnątrz. Jeden z nich z wyrzutem stwierdza w rozmowie: „Nikt niczego dla nas nie zrobił! Obiecują złote góry i nic nie robią! Mamy tego dość! Zostaniemy sami jak zawsze”.

Wyjeżdżając z Syrii amerykańska dziennikarka obserwowała ulice i miejsca, które znała, a które przez ostatnie dwa lata popadły w ruinę, zmieniły się w gruzy i pobojowiska. Poszukiwała istniejących nadal elementów architektury, kultury czy codziennego życia sprzed wybuchu wojny domowej, próbując te ślady zapamiętać i zapisać w wyobraźni, gdyż tylko takie, zachowane w umyśle obrazy utrwalą kraj, którego już nie ma…

Małgorzata Golik