14.05.2017: Sen szaleńca

Sen szaleńca

Pojęcie post-prawdy zostało uznane przez redaktorów Słownika Oksfordzkiego za najważniejsze słowo 2016 roku. I choć triumf tego odnoszącego się do coraz większych obszarów naszej rzeczywistości określenia nastąpił niedawno, to powszechnie wiadomo, że stan, w którym fakty są w wielu wypadkach mniej ważne w kształtowaniu opinii publicznej niż emocje i osobiste przekonania, towarzyszy ludziom od dawna. Zwłaszcza, że post-prawda nie jest kłamstwem w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale strategią nadającą prawdzie drugorzędną, niekiedy marginalną rolę. O kosztach takiego procesu polityczno-społecznego pisze holenderski historyk Frank Dikötter w książce „Tragedia wyzwolenia. Historia rewolucji chińskiej 1945-1957”, w której przedstawia powstanie Chińskiej Republiki Ludowej. Proklamowana w 1949 roku przez Mao Zedonga po wygraniu przez jego zwolenników wojny domowej, uważana jest za jeden z najkrwawszych reżimów XX wieku. Jego fundamentem była zaś kilkuletnia tyrania, nazywana przez Komunistyczną Partię Chin okresem „wyzwolenia”, która doprowadziła do śmierci co najmniej pięciu milionów ludzi.

Rewolucja to przemoc

Owo „wyzwolenie”, czyli zwycięstwo komunistów i zainicjowana przez Mao rewolucja, nie przywodzą na myśl rozentuzjazmowanych tłumów świętujących odzyskanie wolności, ale obrazy terroru, głodu, cierpienia, przemocy i śmierci. Zwłaszcza, że już w czasie wojny domowej komuniści pokazali bezwzględne metody walki, kiedy np. chcąc zdobyć kolejne miasta oblegali je i za pomocą głodu zmuszali mieszkańców do poddania się i przyjęcia „oswobodzicieli”. Zmęczeni konfliktem wewnętrznym oraz poprzedzającymi go latami równie krwawej II wojny światowej Chińczycy, przyjmowali więc nowe rządy z mieszaniną nadziei, strachu i rezygnacji.

Zaledwie niecały rok po przejęciu władzy i rozprawieniem się z wrogiem zewnętrznym, nadszedł wielki terror mający na celu usunięcie przeciwników wewnętrznych, także tych w szeregach partii. Normą wyznaczoną przez Przewodniczącego Mao było wskazanie jednego „wroga systemu” na każde tysiąc osób. W wielu regionach kraju liczby te były wyższe, a ludzie tracili życie z powodu najbardziej błahych oskarżeń. Dikötter pisze: „Zrównano z ziemią całe wsie. Nawet sześcioletnich uczniów oskarżano o szpiegowanie dla wroga i torturowano na śmierć. Zdarzało się też, że funkcjonariusze po prostu wskazywali kilku przypadkowych więźniów i zabijali ich, by wypełnić założone kwoty”. Do 1951 roku życie straciło niemal dwa miliony osób, niekiedy zabijanych publicznie na oczach tłumów podczas wieców lub pochodów, częściej jednak skrycie – w lasach, nad rzekami czy na polach, z daleka od świadków.

Ludzie mieli bowiem sami uwierzyć w lepszą przyszłość, w kreowanego przez reżim Mao nowego, chińskiego człowieka. Zachęcano ich do tego wszechobecną propagandą, a kiedy namawianie nie przynosiło skutków, zastraszano i bito wywołując obezwładniający lęk. Reedukacja była obecna w szkołach, urzędach, miejscach pracy, warsztatach i uczelniach. Na obowiązkowo wyznaczanych spotkaniach studiowano prasę i książki, uczono się „właściwie” myśleć, czuć i rozumieć. Pokazywano wzorowych członków partii, którzy doskonale wiedzieli jak z wiarą szerzyć idee komunizmu, powtarzać slogany i wzniosłe hasła. I choć przemoc z czasem osłabła, gdyż ludzie szybko nauczyli się żyć (albo przynajmniej udawać, że żyją) według nowych zasad, to kampania reformująca myślenie nie zakończyła się nigdy.

Wspomniane metody mogłyby z czasem wywołać powszechny sprzeciw, dlatego też reżim działając dwutorowo sankcjonował swoją władzę także przez składanie obietnic – w większości bez pokrycia. Zachęcano do współpracy, podobnie jak w bolszewickiej Rosji, gwarantując każdej z niezadowolonych grup spełnienie marzeń. I tak: rolnicy mieli otrzymać ziemię, wszelkie mniejszości niezależność, intelektualiści i artyści swobodę wypowiedzi i twórczości, robotnikom miano zapewnić lepsze warunki pracy i życia, a przedsiębiorcom ochronę własności prywatnej. Historyk podkreśla: „Mao był mistrzem strategii: «pozyskać większość, przeciwstawić się mniejszości i zgnieść wszystkich wrogów jednego po drugim». Całe spektrum przeciwników systematycznie eliminowano z mimowolną pomocą jutrzejszych wrogów – tych, których namówiono do współpracy z władzami”.

Mimo łamania wszelkich obietnic i okrutnego terroru partia miała wielu prawdziwych zwolenników. Byli wśród nich oczywiście oportuniści i zwykli przestępcy, ideologia przyciągała jednak nadal także licznych idealistów, którzy zdawali się nie dostrzegać działań Przewodniczącego. A fakty przemawiały same za siebie. Zniesiono dotychczas obowiązujące prawa, a w ich miejsce wprowadzono reguły prawne przeniesione ze Związku Sowieckiego. Wolność słowa została drastycznie ograniczona. Trybunały ludowe zastąpiły niezawisłe sądy, wywłaszczano kolejne prywatne przedsiębiorstwa, aby ostatecznie całkowicie zlikwidować własność prywatną. Nieco później, w 1957 roku, zajęto się intelektualistami, wysyłając pół miliona z nich do obozów pracy. Łańcuch decyzji Mao i posunięć jego rządu doprowadził do niemal całkowitego zdławienia i wyeliminowania opozycji wśród rolników, uczonych, pracowników fizycznych, nauczycieli czy przedstawicieli grup etnicznych i religijnych, a także w szeregach samej partii. Długoletni proces usuwania wrogów spowodował, że po dziesięciu latach rządzenia komunistów, nie pozostał niemal nikt, kto miałby odwagę sprzeciwić się partii, tym bardziej samemu Przewodniczącemu.

Twarda ziemia

Rewolucja Mao znana jest jednak głównie z reformy rolnej, jaka miała miejsce na terenach wiejskich. W zamian za pomoc w obaleniu dotychczasowych miejscowych elit, rolnicy otrzymywali kawałek gruntu. Dikötter podkreśla, że nieuchronnie wiązała się z tym konieczność wskazywania wrogów ludu przez nowych właścicieli ziemskich, przez co większość z nich została pośrednio uwikłana w morderstwa. Zespołom roboczym działającym na danym terenie wyznaczano normę – konkretną ilość osób – którą należało zadenuncjować jako spiskowców czy bogatych posiadaczy ziemskich. Wieśniacy gromadzeni w atmosferze przemocy i nienawiści wskazywali przyszłe ofiary, które oskarżano, upokarzano, bito i pozbawiano wszystkiego po to tylko, aby następnie skazać je na śmierć. „Zgodnie z podpisanym krwią paktem między partią a biedotą zlikwidowano blisko dwa miliony «posiadaczy», często niewiele zamożniejszych od sąsiadów”.

Reforma rolna, nastawiająca jednych rolników przeciw innym, przyniosła wiedzę o rzeczywistych powierzchniach gruntów w Chinach, których przez lata nie można było właściwie oszacować. Wiadomo było, że ziemia, którą po odebraniu bogatym rozparcelowano wśród biednych wieśniaków, jest najcenniejszym kapitałem państwa. Znając powierzchnię nowo podzielonych gruntów partia określiła wielkość produkcji z pola i zażądała kontyngentów zboża. Narzucone plany nie były możliwe do zrealizowana zwłaszcza, że rolnicy musieli też płacić zwykłe podatki. Jeden z obserwatorów tego procesu zanotował: „Rekwizycja ziarna na wielką skalę, by wyżywić trzy- czy czteromilionową komunistyczną armię, w wielu regionach nie tylko pozbawiła wieś nadwyżek żywności, ale także naruszyła zapasy potrzebne do przeżycia”. Reforma rolna i niezadowolenie z jej przebiegu potęgowały podsycane przez partię konflikty i nieporozumienia, które rozniecały zadawnione spory i przekształcały je w aprobowaną przez Przewodniczącego walkę klasową. Mimo, że za „bogatych chłopów” uchodziło dziesięć procent ludności, prześladowania dotknęły dwadzieścia, a w niektórych wsiach niejednokrotnie nawet trzydzieści procent mieszkańców.

Jednocześnie władze prowadziły też za pomocą wojska brutalną rekwizycją zboża. W niektórych rejonach zabierano trzydzieści procent całości plonów, co powodowało, że ludzie, aby samemu się wyżywić, musieli sprzedawać wszystko, co posiadali – łącznie z bydłem i ziarnem siewnym. Jakiekolwiek formy oporu czy niezadowolenia interpretowano jako dowód, że na wsiach nadal popiera się bogatych właścicieli ziemskich, których według partii można było wyplenić tylko za pomocą siły.

W ten sposób stosunkowo niewielka zamożność, którą niektóre rodziny uzyskały dzięki ciężkiej pracy kilku pokoleń, została im odebrana, a ich wytrwałość, pracowitość i wysiłek okazały się daremne w oczach członków partii i zazdrosnych sąsiadów. „Dokładna liczba ofiar śmiertelnych reformy rolnej nigdy nie będzie znana, wątpliwe jednak, by było ich mniej niż półtora, dwa miliony w okresie między 1947 a 1952 rokiem. Ogromnej liczbie ludzi zniszczono życie przez stygmatyzowanie ich jako wyzyskiwaczy i wrogów klasowych”.

Z powodu kolektywizacji i będących jej skutkiem zniszczeń, w 1956 roku rolników pozbawiono narzędzi, ziemi i zwierząt hodowlanych. Utraciwszy możliwość swobodnego poruszania się, zmuszeni zostali do sprzedawanie plonów państwu, po narzuconych przez władze zaniżonych cenach. „Stali się niewolnymi pracownikami rolnymi, całkowicie uzależnionymi od lokalnych urzędników. Reżim sam przyznawał, że już w 1954 roku rolnicy spożywali o jedną trzecią mniej żywności niż w latach przed wyzwoleniem. Niemal wszyscy mieszkańcy wsi głodowali”.

Czy historia uczy życia?

Książka Dikötter’a jest drugim tomem przygotowywanej przez niego „Trylogii narodowej”, w której planuje zawrzeć historię powstania Chińskiej Republiki Ludowej, przeprowadzonej przez komunistów rewolucji i dekad ich rządów. Pierwszy tom, „Wielki głód. Tragiczne skutki polityki Mao 1958-1962”, opublikowany w Polsce w 2013 roku, dotyczy katastrofy humanitarnej i śmierci kilkudziesięciu milionów osób (szacunki wahają się od 42 do 60 mln), którą władze chińskie nazywały „przejściowymi trudnościami”. Ostatni, opracowywany dopiero tom, dotyczyć zaś będzie skutków rewolucji kulturalnej. Zanim otrzyma go polski czytelnik może minąć jeszcze sporo czasu, co jest o tyle kłopotliwe, że czytając pierwszy i drugi tom trylogii ma się wrażenie, że publikacje te są integralną częścią większej całości. Brakuje im więc stosownego zakończenia czy wniosków, jakich można oczekiwać od osobno wydanej książki.

Polskiemu odbiorcy niezrozumiały może wydawać się także inny fakt. Mianowicie to, że autor co jakiś czas przypomina, że ustrój komunistyczny może okazać się w praktyce daleki od idealistycznych haseł czy pokładanych w nim nadziei samych rewolucjonistów. Oczywiście książka ta jest adresowana do czytelników z różnych stron świata, także tych posiadających odmienne od środkowo-europejskiego doświadczenia. Dziwi jednak fakt, że pomimo wielokrotnych kompromitacji socjalistycznych utopii, istnieć mogą jeszcze ludzie, którzy wierzą, że komunizm może przynieść dobro i sprawiedliwość społeczną i którym tłumaczyć trzeba na czym polegała zbrodniczość tej ideologii. Pozostaje mieć nadzieję, że przeczytają oni książkę Dikötter’a, aby wykorzystać zawartą w niej lekcję historii i zrozumieć, że osoby, które doświadczyły takiej nauki „na własnej skórze”, na zawsze zostały pozbawione złudzeń.

Małgorzata Golik