16.07.2017: Świat Tony’ego Halika

Świat Tony’ego Halika

W wypadku biografii Tony’ego Halika łatwiej byłoby napisać kim nie był i których zakamarków globu nie odwiedził w trakcie swojego wypełnionego podróżami życia, niż wymienić wszystkie jego przygody. Kilkanaście lat po jego śmierci Mirosław Wlekły w książce „Tu byłem. Tony Halik” próbuje odkryć czytelnikom prawdę o tym niezwykłym człowieku, ukrywającą się pod legendą stworzoną na własny temat przez samego podróżnika. Bohater, najbardziej znany z prowadzonego wraz z Elżbietą Dzikowską cyklu programów „Pieprz i wanilia”, w którym przez lata przybliżał, dojrzałym obecnie widzom, dalekie krainy i nieznane kultury, skrywał bowiem jak się okazuje niejedną tajemnicę.

Wersje przeszłości

W celu odtworzenia życiorysu jednego z najwybitniejszych polskich podróżników, dziennikarza, pisarza, fotografa, operatora i twórcy ponad czterystu filmów dokumentalnych, Wlekły odwiedził Argentynę, Meksyk, USA i Francję prowadząc długie rozmowy z osobami, których losy splotły się z życiem Halika. Podczas zbierania materiałów do książki przeszukał także dostępne w Polsce i za granicą archiwa. Podkreślał przy tym, że proces ten nie przypominał typowego dla opracowania biografii gromadzenia faktów z życia opisywanej postaci, ale raczej szaloną przygodę, „w której trzeba uważać, żeby samemu się nie zgubić między fikcją i rzeczywistością”. Problem pojawił się już na początku pracy, kiedy zaczął odnajdywać dokumenty, z których wynikało, że przedstawiana przez Halika porywająca autobiografia, nie do końca zgodna jest z prawdą. Zazwyczaj koloryzujemy swój życiorys, gdzieniegdzie nieco go wybielając, albo w innym miejscu stawiając akcenty zmieniamy wydźwięk wydarzeń. Nie inaczej postąpił Mieczysław Halik, który tworząc własną historię, zmienił nawet swoje imię.

Nauczony doświadczeniem kolegi po fachu, Artura Domosławskiego, którego prawdziwy, odmitologizowany obraz Ryszarda Kapuścińskiego przedstawiony w jego biografii „Kapuściński non-fiction” spotkał się z wyraźną krytyką bliskich reportażysty, Wlekły konsultował na bieżąco swoje odkrycia z Dzikowską. W trakcie powstawania biografii przedstawiał jej znalezione przez siebie, niewygodne fakty z życia jej męża, w tym m.in. zatajaną przez niego służbę w Wehrmachcie. Były one dla niej na tyle wstrząsające, że podkreślała, iż wiedząc o nich wcześniej, jej relacje z Halikiem w przeszłości mogłyby wyglądać zupełnie inaczej. Starając się oceniać wydarzenia z dystansu, zrozumiała jednak, dlaczego wybrał milczenie na temat pewnych aspektów swojego życia: „To dla mnie wrócił do Polski. Nie wiedział, jak mogą tu zareagować na informacje o jego przeszłości. No i nie chciał mnie stracić. Więc stworzył nowego siebie. I wyparł tamte wydarzenia”.

Zakazana miłość

Dzikowska poznała swojego przyszłego męża w połowie 1974 roku, kiedy została wysłana do Meksyku, aby przeprowadzić dla magazynu „Kontynenty” wywiad z Halikiem. „Tym śmiesznym facetem, którego niedawno widziała w czarno-białym telewizorze”. Mimo, że obydwoje byli wówczas w związkach małżeńskich zafascynowali się sobą, a każde z nich w tym drugim, jak w lustrze, odnalazło niezaspokojone pragnienie przygód i podróży. Trzeba dodać, że piękne długie blond włosy Elżbiety też nie były bez znaczenia, podobnie zresztą jak charyzma Tony’ego: jego próby przelotu balonem nad Atlantykiem, walka z dzikimi zwierzętami czy filmowanie meksykańskiej corridy z grzbietu oszalałego byka. Były to dowody na to, że z takim człowiekiem nie można zaznać nudy.

Elżbieta, z wykształcenia sinolog, która znała już prawie całą Amerykę Łacińską, wydawała się idealną towarzyszką życia dla Tony’ego. Nie przeszkadzała im nawet kilkunastoletnia różnica wieku. „Był szalony” – podkreśla – „jak miałam się nie zakochać w takim wariacie?!”. Jedynym warunkiem, jaki mu postawiła i na który przystał Halik, był jego powrót do Polski. Z danej przyszłej żonie obietnicy wywiązał się w pełni, zachowując przy tym swój argentyński paszport pozwalający mu jednocześnie przebywać w Polsce i podróżować bez przeszkód po świecie.

Człowiek orkiestra

Halik po II wojnie światowej znalazł się w Argentynie. Zafascynowany kulturą Indian organizował wyprawy, które miały mu umożliwić poznanie rdzennej ludności zamieszkującej tamtejsze tereny. Wraz z ówczesną żoną, poznaną w czasie wojny Francuzką, udał się też w pięcioletnią wyprawę jeepem przez obie Ameryki, wyruszając z Ziemi Ognistej i docierając do Alaski, a następnie pokonując tę trasę w odwrotnym kierunku. W czasie podróży przyszedł na świat jego jedyny syn, Ozana.

Przez długie lata jako operator amerykańskiej sieci telewizyjnej NBC był, podobnie jak Kapuściński, jego kolega „po piórze” zza żelaznej kurtyny, uczestnikiem najważniejszych wydarzeń na całym świecie. Stojąc za kamerą lub prowadząc bezpośrednie rozmowy brał udział w wywiadach z Fidelem Castro, Lechem Wałęsą czy Henrym Kissingerem, towarzyszył także prezydentowi Richardowi Nixonowi w trakcie jego wizyty w Polsce. Urodzony z kamerą – można by o nim powiedzieć – zrobiłby wszystko dla dobrego ujęcia. „Gdy stał za kamerą, zapominał o otoczeniu, żył wyłącznie dla filmu”. Niejednokrotnie ważniejsze od dokonywanego właśnie przez niego odkrycia było odpowiednie uchwycenie mającego miejsce wydarzenia. Chciał podzielić się widzianym przez siebie obrazem z przyszłą publicznością, opowiedzieć jej o rzeczywistości, której sam doświadczył. Potrafił niemal z każdego wydarzenia zrobić spektakl, w którym zawsze odgrywał najważniejszą rolę.

Nie inaczej było, kiedy w 1976 roku dotarł z Dzikowską i peruwiańskim podróżnikiem Edmundo Guillén’em do Vilacamby, legendarnej stolicy Inków. Przekonał wówczas niemal wszystkich, że są pierwszymi odkrywcami tego miejsca, powtarzając te informacje w licznie udzielanych wywiadach i na konferencji prasowej w ambasadzie w Limie. I choć jednocześnie nie ukrywał, że wcześniej byli tam już inni podróżnicy, rozgłos, jaki zapewnił wówczas Peru, nawet miejscowym naukowcom kazał przemilczeć nieścisłości w medialnych przekazach.

Nagrywane przez niego filmy podróżnicze przyczyniły się do jego ogromnej popularności w rodzinnym kraju. Zainteresowaniem cieszyły się także pisane przez Halika książki, jak „Z kamerą i strzelbą przez Mato Grosso” czy „180.000 kilometrów przygody”, które sprzedawały się w Polsce na pniu. Był uwielbiany przez wszystkich, mimo swoich widocznych na pierwszy rzut oka wad: gadulstwa, nieposkromionej wyobraźni i potrzeby bycia w centrum. „Towarzysko niezrównany” – wspomina go jedna z częstych bywalczyń domu Elżbiety i Tony’ego. Znakomity wodzirej i tancerz, zawsze z gotową ripostą, mrożącą krew w żyłach opowieścią lub barwną anegdotą.

Okno na świat

W szarej socjalistycznej rzeczywistości telewizja, nawet czarno-biała, była magicznym oknem na inne i nieznane światy. Swoją wspólną przygodę na ekranie Elżbieta i Tony rozpoczęli 10 kwietnia 1977 roku w programie „Klub sześciu kontynentów”, którego podtytuł brzmiał: „Z Halikiem w Meksyku”.

Pięć lat później wystartował nowy cykl „Tam, gdzie pieprz rośnie”, który przedstawiał opowieści reporterskie Halika ilustrowane nakręconymi przez niego, według scenariuszy Dzikowskiej, filmami. Po raz pierwszy zaczął wówczas w trakcie seansu dodawać dodatkowe komentarze z offu, które stały się później jego znakiem rozpoznawczym. Początkowo Dzikowska nie chciała występować przed kamerą, ale z czasem dała się do tego przekonać. Filmy nagrywano w podpiwniczeniu ich domu w Międzylesiu, który kupili na początku lat osiemdziesiątych. Pokazywali w nich Salwador, Meksyk, Panamę, Kostarykę, Kolumbię – wówczas egzotyczne i nieznane Polakom krainy.

W grudniu 1984 zaczęli transmisję cyklu programów, głównie o Meksyku, pod tytułem: „Tam, gdzie rośnie wanilia”. Stąd już tylko krok dzielił ich od najbardziej znanej serii „Pieprzu i wanilii” rozpoczętej w 1986 roku. „Czyli pieprzem miał być Tony, a wanilią Elżbieta, która łagodziła jego wypowiedzi, sprowadzała go z obłoków na ziemię” – opowiada po latach Ryszard Badowski. Od początku Dzikowska skupiała się na poznawczych walorach przedstawianych materiałów, z kolei obyty w amerykańskiej telewizji Halik imponował widzom w Polsce rozmachem, ciekawostkami i monologami z licznymi dygresjami. Na wizji doskonale się uzupełniali, choć Dzikowska zawsze znajdowała się nieco z boku i przeważnie milczała. Był to dla nich zawodowo dobry czas, gdyż obydwoje mogli już przejść na emeryturę i w pełni oddać się tworzeniu kolejnych odcinków. Nadal jednak podróżowali i kręcili nowe filmy, wówczas już głównie dla Telewizji Polskiej.

Wieczny obieżyświat

Wydawać by się mogło, że mając już zapewnioną spokojną przyszłość i realizując się w pracy nad swoim programem sześćdziesięciopięcioletni Tony się ustatkuje. Nic jednak bardziej mylnego. Wciąż miał niezaspokojony apetyt na przygodę i, poza udaniem się w kosmos, zapragnął opłynąć świat. Swoje marzenie zrealizował na przełomie 1987/1988 roku opływając glob na „Darze Młodzieży”. Starszy już pan zachowywał się jak nastolatek. Biegał podekscytowany z kamerą, a kiedy zapowiedziano sztorm, ożywiał się i dodawał: „Super. Będzie się działo. Będziemy walczyć o życie”.

Jego bliscy wspominają, że bardzo dużo się śmiał i żartował. Jego otwartość na świat pozwoliła mu na podejmowanie podróży także w głąb siebie. Zafascynowany informacją, że w Meksyku rośnie 40 procent grzybów halucynogennych, postanowił sprawdzić osobiście ich działanie i oczywiście podzielić się zdobytym doświadczeniem z widzami.

Nie mogło go nigdy zabraknąć w miejscach, w których coś się działo. Nawet, kiedy był już stareńki i schorowany. Jego przyjaciele potrafili pięknie oddać jego ducha: „On kochał to, co robił, miał naprawdę coś interesującego do przekazania i chciał to przekazać. I wszystkie swoje siły, całą energię, jaką jeszcze miał w sobie, przeznaczał na ten moment. Żeby przekazać to coś ważnego, a jego najważniejszym przekazem była wielka miłość do świata”. Wlekły dotarł do filmu, na którym na pierwszym planie, obok tryskającego lawą wulkanu na Hawajach, stoi niezmordowany, niemłody już, operator kamery w stroju khaki. Bliżej niż on nikt nie miał odwagi podejść… 

Moralne rozterki

Miał zdolność zawierania przyjaźni z każdym, czy wspierał on Solidarność, czy komunistów. Tak istotne dla jego żony idee wolności traciły na znaczeniu, kiedy chodziło o możliwość wyjazdu, o przeżycie kolejnej przygody. Nie przeszkadzały mu więc serdeczne relacje z prezydentem Luisem Echeverríą, który brutalnie stłumił zamieszki studenckie w 1968 roku na Placu Tlatelolco, przyjaźnie z reżimowymi ambasadorami czy kontakty z przedstawicielami podejrzanych służb. Z drugiej strony materialny aspekt swojej pracy, dobre wynagrodzenie i wynikające z niego wygodne życie, stanowiły dla niego jedynie ułatwienie w realizacji marzeń i pasji. Nigdy nie były celem jego działań ani też wartością nadrzędną. Zawsze szczodry i hojny, był gotowy pomóc finansowo przyjaciołom lub będącym w potrzebie nieznajomym. Można sobie wyobrazić, że bez amerykańskiej pensji, a następnie emerytury nie mógłby pozwolić sobie na życie, jakie prowadził. Tym bardziej, bez dobrych relacji z ówczesnymi władzami PRL czy przywódcami nie zawsze humanitarnie przeprowadzanych rewolucji.

Wlekły pisze: „Tony’ego Halika polityka coraz mniej interesowała, chyba nigdy się nią nie pasjonował. Dziennikarstwo to narkotyk, przyznawał, ale odkrywanie Vilacamby jeszcze większy. Stokroć bardziej, niż emocjonować się komplikacjami politycznymi, wolałby wrócić do Indian i tropikalnego lasu”.

Wymyślić siebie

„Ciągle ubarwiał, choć wcale niż zmyślał” – ocenia jeden z jego znajomych. Kiedy zebrało się większe grono zaczynał grać, udawać, jakby był filmowany i miał odegrać jakąś przekazaną mu niewiadomo przez kogo rolę. Może jednak rację mają psychoanalitycy, kiedy twierdzą, że są rzeczy zbyt trudne dla ludzkiej psychiki i nie z każdym demonem z przeszłości człowiek może sobie poradzić. Po lekturze książki, wydaje się bowiem, że największą, najgroźniejszą podróżą jaką odbył w swoim życiu, była ta do piwnicy rodzinnego domu, kiedy kilkuletni Mietek Halik musiał skonfrontować się z samobójczą śmiercią ojca.

Może podejmowane przez niego wciąż na nowo podróże, wymyślanie kolejnych przygód, kreowanie innego siebie w opowieściach i przed kamerami, były tylko niekończącą się ucieczką przed tym jednym wstrząsającym wydarzeniem z dzieciństwa. Tego nie dowiemy się nigdy ani z książki ani od jej bohatera, który wszystkie zagadki swojej przeszłości zabrał ze sobą do grobu.

Jeżeli faktycznie był to sposób na oddalenie się od bolesnych wspomnień, to była to bajeczna i egzotyczna ucieczka, jedna z najpiękniejszych, o jakiej przyszło mi czytać.

Małgorzata Golik