17.12.2017: Kolor śmierci

Kolor śmierci

Kilkunastoletni Bryant Tennell był jedną z wielu ofiar, które poniosły bezsensowną i przypadkową śmierć od zabłąkanej kuli na ulicach Los Angeles. Według statystyk czarny kolor skóry ofiary powinien spowodować, że jego sprawa nigdy nie zostanie odpowiednio zbadana, a tym samym rozwiązana. W przypadku młodego Tennella wypadki potoczyły się jednak zupełnie inaczej, gdyż zabity okazał się synem jednego z tamtejszych policjantów z wydziału do spraw zabójstw. Dzięki temu winnych postawiono przed sądem i ukarano. Jednak jak podkreśla amerykańska dziennikarka śledcza Jill Leovy w książce „Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce” zainteresowanie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości takimi sprawami jest zwykle niewielkie.

Leovy przez ponad dekadę (od 2001 roku) zbierała i opracowywała materiały na temat zabójstw czarnych w Los Angeles. W międzyczasie jeździła na policyjne patrole, pracowała z detektywami w komisariatach, a także odwiedzała miejsca zbrodni, gdzie rozmawiała ze świadkami, gapiami, rodzinami ofiar i podejrzanymi. Z jej badań i obserwacji wspartych przez analityków policji, a także pracowników Biura Koronera, wyłonił się obraz bezprawia i niemocy, który raczej nie ma nic wspólnego z naszym wyobrażeniem o USA – jako o ojczyźnie wolności i demokracji. 

Miasto czarnych aniołów

Leovy od wielu lat starała się zgłębić tajemnicę ważnego problemu społecznego, jakim jest nieproporcjonalnie wysoki odsetek liczby zabójstw wśród Afroamerykanów. Jednak to przede wszystkim rozmowy na gruncie zawodowym z bliskimi zamordowanych skłoniły ją do zajęcia się tą kwestią, także od strony naukowej. Jednocześnie zapoznając się z historią problemu analizowała politykę władz odpowiedzialnych za jego rozwiązanie. Dziesiątkujące czarnoskórą populację USA morderstwa nie stanowiły bowiem nigdy głównego nurtu historii kraju. „Cierpienia tysięcy ludzi, którzy w tragicznych okolicznościach tracili swoich bliskich, były praktycznie niewidoczne. Dyskusje dotyczące tego zjawiska były powierzchowne, rzadko też szacowano jego koszty” – dodaje reporterka. Walka z epidemią zabójstw Afroamerykanów przez lata była nieudolna, niedofinansowana i wypaczana przez różnego rodzaju ideologiczno-rasowe uprzedzenia. Kiedy zwracano na problem uwagę, robiono to głównie przez pryzmat masowych strzelanin czy śmierci celebrytów.

Opinia publiczna przez lata raczej niechętnie wspominała anonimowych czarnych mężczyzn: ojców, mężów i dzieci, którzy są najbardziej narażoną na akty przemocy i poszkodowaną grupą. W momencie przeprowadzania badań stanowili oni zaledwie sześć procent populacji kraju i niemal czterdzieści procent ofiar zabójstw. Leovy dodaje: „W istocie były to legiony czarnych mieszkańców Ameryki, w wielu przypadkach bezrobotnych i powiązanych ze światem przestępczym. Mordowano ich każdego dnia, w każdym mieście, a ich liczba rosła w tysiące rok po roku”. Mimo powstania ruchu praw obywatelskich kilka dekad temu niesprawiedliwość trwała nadal, a bezkarność zbrodni dokonywanych na czarnych mężczyznach pozostawała ogromnym, lecz ukrytym i rzadko poruszanym problemem rasowym. Instytucje powołane do egzekwowania prawa i wymierzania kar okazywały się słabe i pobłażliwe wobec zabójstw Afroamerykanów. Takie nieskuteczne działania powodowały, że życie czarnych nie miało w oczach społeczeństwa większej wartości i uchodziło za tanie. Zwłaszcza, że większość spraw nie zostawała nigdy rozwiązana, a na półkach komisariatów zalegały ogromne ilości teczek ze sprawami, które traktowano jako morderstwa bez znaczenia. Otrzymały nawet swoją nazwę: „No human involved” („Bez udziału ludzi”), która to etykieta dodatkowo podkreśla brak ważności sprawy czy poszkodowanego w niej człowieka.

Prawo ulicy

Dziennikarka kreśli przed czytelnikami bardzo prosty mechanizm, który według niej jest główną przyczyną wysokiej liczby zbrodni. Stwierdza ona bowiem, iż w sytuacji braku stanowczej reakcji wymiaru sprawiedliwości na mającą miejsce na ulicach przemoc lub śmierć, następuje ogromne zwiększenie dokonywanych morderstw, które osiągają rozmiary plagi. Proces potęguje bezczynność amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości w tej kwestii, ukrywana od lat pod pozornymi działaniami prewencyjnymi. W takich warunkach niedofinansowane siły policji raczej zajmują się kontrolowaniem dzielnic i wyciszaniem kłopotliwych zjawisk, niż zdecydowaną reakcją na akty przemocy i zapewnienie ofiarom ochrony. Od lat taki stan rzeczy pozostawia wolną przestrzeń dla działań odśrodkowych ruchów wprowadzających ochronę i porządek, jakich nie można uzyskać z zewnątrz, czyli od państwa. Na przestrzeni wieków proces taki widoczny był w wielu miejscach, także na południu USA, skąd pochodzi wielu Afroamerykanów.

Prawidłowość ta stoi w sprzeczności z powszechnie głoszonym poglądem, jakoby czarni Amerykanie cierpieli właśnie z powodu zbyt ograniczonego stosowania prawa. Surowość amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości jest myląca. Prześladuje ludzi za drobne wykroczenia, ale w obliczu morderstw jego działania okazują się niewystarczające. Nie potrafi także uchronić swoich obywateli przed zastraszaniem, groźbami a tym bardziej przed śmiercią. Fala zabójstw nie jest związana tylko ze wzrostem poziomu przestępczości, ale stanowi według autorki część systemu relacji i interakcji kształtowanych właśnie przez brak prawa.

Zazwyczaj przestrzenie i środowiska w których dochodzi do przemocy są podobne. Najczęściej jest to sporne terytorium lub dzielnica zamieszkiwana przez mniejszość niemającą zaufania do władz czy policji, a morderstwa są wynikiem mających miejsce na tym terenie sporów. Konfrontacje zwaśnionych mężczyzn mogą być spontaniczne lub planowane. Mogą dotyczyć przeszłych wydarzeń lub być efektem błahej sprzeczki, która doprowadza do eskalacji przemocy na niewyobrażalną skalę. Leovy podkreśla, że robi to wrażenie, jakby pod nieobecność normalnego prawa ludzie nie umieli zakończyć sporu w żaden inny sposób. Powodem dramatu bywają dobra materialne, kobiety, obraza, kradzież, pijackie kłótnie czy niechciani na danym terenie goście. Badaczka dodaje: „Każda uraza kryła w sobie groźny, wybuchowy potencjał. Często dochodziło do eksplozji, gdy antagoniści spotykali się przypadkiem na ulicy czy w sklepie z alkoholem. Stałym motywem była zemsta. W niektórych kręgach odwet za morderstwo uważano wręcz za obowiązkowy”. W takich warunkach mężczyźni stają się nadmiernie uważni i drażliwi, koncentrują się na takich wartościach jak honor, duma i szacunek, wypaczając przy tym ich znaczenie.

Młodzi chłopcy z bronią zajmują wówczas miejsce rodziców, szkoły i wymiaru sprawiedliwości, są gwarantem prawa i porządku. Tak tworzą się getta, gdzie często sama policja nie ma ochoty się zapuszczać. I chociaż może się wydawać, że gangi są absurdalnymi tworami dążącymi do autodestrukcji, to jednak powód ich istnienia jest oczywisty. Leovy podkreśla: „Chłopcy i mężczyźni zawsze szukają ochrony w większej grupie, w przewadze liczebnej. Tam, gdzie państwo nie egzekwuje swojego monopolu na używanie przemocy, takie grupy walczą ze sobą, popełniają przestępstwa i dążą do takiej dominacji, na jaką pozwalają im okoliczności”. Gangi są więc konsekwencją a nie przyczyną bezprawia, a skłonność do tworzenia się dużych grup tam, gdzie władza państwowa jest znikoma, jest nieunikniona i oczywista.

Spirala przemocy,

Kwestią bezpośrednio związaną z zabójstwami jest także przekonanie rodzin i bliskich, że zewnętrzny świat: policja, władza, media podchodzą do ich tragedii bezdusznie, a nawet obojętnie. Tematy te, pomijane w dziennikach telewizyjnych, a nawet kronikach policyjnych postrzegane są przez społeczeństwo jako coś, co ma miejsce każdego dnia i nie jest warte uwagi. Jeżeli już ujrzą światło dzienne, to zwykle przedstawia się ofiary z niewłaściwej perspektywy redukując je do członków gangów i związanej z nimi przemocy. Często używane wówczas określenie „gangsterskie porachunki” odbierają im niewinność, a nawet status ofiar czyniąc z nich wyrzutków społecznych. Widać to też w działaniach detektywów, kiedy każde kolejne zabójstwo postrzegane jest jako ponura i rutynowa biurokratyczna działalność – bez nadziei na osiągnięcie rezultatu, którym w tym przypadku jest aresztowanie winnych.

Poza najgorszym możliwym scenariuszem dla siebie lub bliskiej osoby, życie w „trudnych” dzielnicach wiąże się także z całą gamą pomniejszych przestępstw, o których nikogo się nawet nie informuje, takich jak pobicia, strzały do samochodów, plądrowanie mieszkań, wyciąganie przy każdej okazji broni, wszelkiego rodzaju zniewagi i upokorzenia, także o naturze seksualnej. Wśród dzieci drobne kradzieże, napaści, zrywanie z szyi złotych łańcuszków stanowią trening i lekcję na przyszłość, wobec której większość ludzi pozostaje bezbronna. W takich warunkach nikt z mieszkańców nie może stracić czujności, ani na chwilę opuścić gardy.

Największym jednak problemem śledztw prowadzonych w gettach są trudności z nakłonieniem świadków do złożenia zeznań. Obawiają się oni bowiem, że z tego powodu sami staną się kolejną ofiarą. Na współpracę zgadzają się bardzo rzadko i niechętnie prosząc o zachowanie anonimowości. Po takiej wstępnej deklaracji wielu z nich trzeba ponownie szukać, a inni w czasie przesłuchań zmieniają zeznania, odwołują je, mataczą i kłamią, co w sądzie czyni ich kluczowe dla śledztwa relacje wątpliwymi. Owa wynikająca ze strachu niechęć świadków do składania zeznań jest najczęstszą przyczyną nierozwiązywania spraw. Wszyscy wiedzą kto zabił, wielu widziało to na własne oczy, sam oskarżony przechwala się swoją zbrodnią, ale bez świadków, którzy potwierdziliby to w sądzie, wymiar sprawiedliwości nie może nic zrobić. Zwłaszcza, że jak podkreśla Amerykanka, de facto bez świadków nie było w ogóle sprawy: „Materiał dowodowy pozostały po morderstwie dokonanym na ulicy był zwykle bardzo skąpy. (…) Fizyczne dowody składały się zwykle z kilku łusek, butów i kawałków ubrań rozciętych przez ratowników medycznych”.

Osoby, które decydują się jednak rozmawiać z policją, muszą ponieść tego konsekwencje. Zależnie od sytuacji są oni zastraszani lub bici, ich bliscy otrzymują groźby, wrzuca im się przez okna bomby, strzela do ich samochodów. Nazywani kapusiami są piętnowani i dręczeni, stają się obiektami ataków i molestowania. Jako biedni czarnoskórzy raczej nie mogą liczyć na pomoc i ochronę policji, a na pewno nie mają szans na program ochrony świadków, którym niejednokrotnie bywają kuszeni. Leovy pisze: „Strach czynił współsprawców z ludzi, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa. Wielu świadków morderstw roniło łzy podczas rozmów z policją. Przepraszali, zasłaniając okna lub prosząc nieśmiało, by policjanci nie przychodzili do nich za dnia. Bardzo często policja nie miała pojęcia, przez co świadkowie przechodzą”. Alternatywny kodeks postępowania, w którym się dorastało sprawia, że wystarczy jedno spojrzenie lub cmoknięcie, żeby „przemówić” i ostrzec potencjalnego winowajcę przed karą, jaka niechybnie go spotka, jeśli nie dostosuje się do panujących reguł.

Rysopis przestępcy

Amerykanie od lat uchodzą za jedno z najbardziej agresywnych społeczeństw, do czego w dużej mierze przyczyniają się morderstwa wśród Afroamerykanów. Przez dekady ginęli oni w ten sposób nawet dziesięć razy częściej niż biali. Mimo ogromnych starań i pracy wielu ludzi i organizacji, aby ten stan rzeczy zmienić, we współczesnym Los Angeles młodzi czarni mieszkający w tych samych dzielnicach co Latynosi, padają ofiarą morderstw od dwóch do czterech razy częściej. Wydaje się to zastanawiające, gdyż miasto to ma stosunkowo niewielu czarnych mieszkańców, a ich liczba co roku maleje. Dziennikarka zastanawia się, w jaki sposób w tak etnicznie zróżnicowanym mieście pociski zawsze znajdują czarnoskóre cele. Jeden z jej rozmówców zauważył, że wygląda to tak, jakby czarni mężczyźni nosili na plecach tarcze strzelnicze. Leovy w swoim reportażu pokazuje, kto mógł je tam zawiesić. Pytanie które od razu się nasuwa i z którym pozostawia ona czytelnika brzmi następująco: Kto i w jaki sposób może je zdjąć, a także czy uda się to zrobić?

Obecnie możemy jedynie obserwować czy kolejne protesty przeciwko takiemu stanowi rzeczy, które co jakiś czas poruszają amerykańską opinię publiczną, stawią czoła prawdzie o nadal mającej miejsce niesprawiedliwości wobec czarnych Amerykanów czy będą jedynie bezowocnym zrywem. Dopóki jednak policyjne rysopisy przestępców w wielu miastach USA będą brzmieć: „Czarny mężczyzna, metr sześćdziesiąt pięć-metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, osiemnaście-trzydzieści pięć lat, biała koszulka, czarne spodnie”, nie ma co liczyć na uznanie, że opisany problem zniknął.

Małgorzata Golik