19.03.2017: Hochschild

Hochschild okładka

Droga znaczona krwią

Pod koniec XX wieku Republika Południowej Afryki była areną dramatycznych wydarzeń. Okryte złą sławą państwo policyjne więziło i szykanowało swoich obywateli – czarnych dysydentów toczących nierówną walkę z apartheidem w kraju, gdzie prawa wyborcze gwarantowane były tylko nielicznej białej ludności. W więzieniu torturowani byli przebywający tam przywódcy Afrykańskiego Kongresu Narodowego, a symbol walki o równość, Nelson Mandela, przez ponad ćwierćwiecze znajdował się „za kratami”. Niemal każdy człowiek na świecie wie jednak o zdumiewającym zwrocie w historii RPA i świadomy jest dalszych losów rządzonej przez prezydenta Mandelę republiki. Znacznie mniej znany epizod o fundamentalnym znaczeniu w dziejach Południowej Afryki opisał amerykański pisarz i dziennikarz Adam Hochschild w książce „Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku”.

W tym wypadku warto przyjrzeć się zdarzeniom, które rozegrały się ponad sto pięćdziesiąt lat temu i poprzedzały czas apartheidu, by dostrzec jak długim cieniem kładą się one na toczonych współcześnie w RPA konfliktach. Dokładnie je studiując, można bowiem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego różnice społeczne i dotyczące zakresu władzy, które istnieją w każdym niemal społeczeństwie, w południowej Afryce niemal całkowicie pokrywają się z kolorem skóry, a uprzywilejowani biali swój status uważają za naturalny i dany im przez Boga.

Wybrzeże to za mało

Hochschild na powyższe pytania szuka wyjaśnień w przeszłości. W 1652 roku holenderscy kupcy założyli swoją pierwszą stałą placówkę na Przylądku Dobrej Nadziei. Przez kolejne sto osiemdziesiąt lat związane z wymianą towarów osadnictwo rozwijało się jedynie nad brzegiem morza, a Europejczycy zapuszczali się w głąb kontynentu nie dalej niż na kilkaset kilometrów. Na tym stosunkowo wąskim pasie ziemi budowali oni swoje miasta, farmy i forty, nie znając interioru zamieszkiwanego obecnie przez większość ludności kraju. W czasie wojen napoleońskich pas wybrzeża zajęli Brytyjczycy. Ich rządy nie podobały się jednak kilku tysiącom białych farmerów, którzy choć pochodzili z różnych krajów, złączeni byli ewoluującym z siedemnastowiecznego niderlandzkiego językiem afrikaans. Zapakowali więc na zaprzężone w woły wozy swój dobytek, zgromadzili stada bydła, owiec i koni, po czym zdecydowali się ruszyć w poszukiwaniu nowych terenów w głąb lądu. Jak pisze Hochschild: Przez następne lata te cienkie potoki migrantów na wozach rozchodziły się półkolem, przemierzając tysiące kilometrów nieznanych obszarów. Migracja ta, Wielki Trek, należała do największych w historii wędrówek ludów. W ciągu kolejnych lat voortekkerzy – „ci, którzy idą przodem” – jak ich nazywano, uzbrojeni w muszkiety, baty do poganiania wołów i Biblie, wytyczali granice dzisiejszej Południowej Afryki i położyli podwaliny pod rządy białych.

Tereny, na które docierali biali były już jednak zamieszkane przez tubylczą ludność i migracja musiała nieuchronnie zakończyć się krwawym konfliktem o ziemię. Pisarz dostrzega podobieństwo Wielkiego Treku – który miał zapewnić farmerom niezależność od Imperium Brytyjskiego i spokój – do wędrówki amerykańskich pionierów, którzy także krwawo rozprawiali się z napotkaną na swojej drodze rdzenną ludnością. Wędrowcy mimo zaopatrzenia w proch i broń nie od razu rozstrzygnęli też, do kogo będą należały upragnione przez nich afrykańskie pastwiska. Na początku śmiertelne ofiary padały licznie po obu stronach konfliktu. Spowodowane to było faktem, że farmerom przyszło zmierzyć się w pewnym momencie z najwaleczniejszym ludem Afryki Południowej – Zulusami. Mniejszy problem stanowiły napotkane po drodze ludy Khoisan trudniące się hodowlą bydła i owiec. Żyjąc w niewielkich klanach, nie przyzwyczajeni do wojen, przegrywali oni z przedstawicielami europejskiej cywilizacji wyposażonymi w broń palną i, co równie istotne, rozpowszechniającymi zbierającą śmiertelne żniwo ospę.

Farmerzy, którzy mieli pod koniec XIX wieku przyjąć nazwę Afrykanerów, nazywali się w tym czasie Burami, co po niderlandzku oznaczało po prostu „chłopa”. Idealizując swój tryb życia podkreślali, że w ich sercach żył duch wędrówki. Wyznacznikiem bogactwa dla Burów nie była także powierzchnia ziemi czy dom, ale liczebność trzody – często wypasanej przez duże grupy czarnych niewolników. Pod koniec Wielkiego Treku, po wypędzeniu lub zniewoleniu rdzennej ludności, ziemi było pod dostatkiem dla wszystkich mających czasami po kilkanaścioro dzieci farmerów, którzy chcieli czcić swojego Boga i zajmować się własnym sprawami. Nie przeszkadzało im to jednak w gwałceniu czarnych kobiet i utrzymywaniu spośród nich licznych konkubin.

Na początku jednak migracja Burów obejmowała zaledwie kilkanaście rodzin. Później, przetartymi już przez pionierów szlakami, wędrowały w latach 1836–1839 kolejne grupy. Burowie wyznawali fundamentalistyczny kalwinizm, który nie został złagodzony przez idee oświeceniowe, gdyż ich przodkowie opuścili Europę przed jego nastaniem. W związku z tym Biblię, a zwłaszcza Stary Testament, traktowali bardzo dosłownie i uważali za prawdę objawioną wynikające z niej zasady hierarchii społecznej. Podział na naród wybrany oraz pracowników fizycznych był dla nich klarowny i wiedzieli doskonale jak ten „boski” porządek podtrzymywać. Pobożny lud lubił bowiem powtarzać: Zdajemy się na Boga, ale i na naszą amunicję.

Duch wędrówki

Zulusi należeli do jednej z głównych grup etnicznych południa Afryki – Nguni. Prowadzili oni półkoczowniczy tryb życia, a wyznacznikiem ich bogactwa było jak u Burów bydło. W przeciwieństwie jednak do nich nie tolerowali niewolnictwa ani handlu niewolnikami, choć był to w pobliżu brytyjskich i portugalskich kolonii lukratywny interes. Zanim biali zjawili się w najbardziej żyznym regionie tego obszaru, Natalu, różne plemiona walczyły już o te tereny. Zwycięstwo odnieśli najwaleczniejsi z nich, Zulusi, którzy podbili sąsiednie klany i zasymilowali je. Wówczas nie wiedziano jeszcze, że ziemie te obfitują także w węgiel, który w dobie żeglugi parowej zyskiwał właśnie na znaczeniu. Zulusami rządził w tym czasie Dingane dysponujący potężną armią wojowników. Rokowań w celu pokojowego uzyskania ziemi w imieniu prowadzonych przez siebie trekkerów podjął się ich ówczesny przywódca Piet Retief. Mimo zawarcia umowy został on zdradzony i zabity wraz ze swoimi towarzyszami przez Dinganego i jego wojowników. Pisarz podkreśla, że ta śmierć traktowana jest jako najbardziej skrajny przykład zdrady, zdarzenie budzące najwyższą grozę. Ludzie mówią tu o tym incydencie, jakby był czymś niemal na miarę Holokaustu, jako o złu daleko wykraczającym poza zwyczajną brutalność wojny.

W tym miejscu opowieści autor książki wyjaśnia, skąd pochodzi przekonanie Burów o własnym nieszczęściu. Wydawać by się mogło, że zrodziło się ono później – w czasie wojen burskich, kiedy w brytyjskich obozach koncentracyjnych internowano sto siedemnaście tysięcy ludzi, z czego według różnych danych zmarło ponad dwadzieścia sześć tysięcy. W rzeczywistości to poczucie bycia ofiarą wywodzi się ze znacznie wcześniejszych czasów, od wydarzeń, które doprowadziły do Wielkiego Treku, od samego Wielkiego Treku oraz przede wszystkim od historii Pieta Retiefa – stwierdza Hochschild. Nie zmienia tego, a tym bardziej pamięci o tych wydarzeniach fakt, że Dingane zdawał sobie sprawę, że Burowie zajęli już przemocą dużą część ziem, które rzekomo chciał zakupić Retief. Zulusi świadomi niebezpieczeństwa nie poprzestali na likwidacji przywódcy Burów i szybko zdecydowali o natychmiastowym ataku na przybyłych intruzów, zanim ci zdążyliby dowiedzieć się co spotkało ich lidera. W czasie walki zabito 41 mężczyzn, 56 kobiet i 185 dzieci oraz około 200 służących. Nocną masakrę nazwano Wielkim Mordem i zajęła ona centralne miejsce w afrykanerskiej martyrologii i podręcznikach historii. Zbudowana w tej okolicy osada nazwana została później Weenen – „miejsce płaczu”.

Po tych wydarzeniach voortrekkerzy, którzy przybyli do Natalu, przegrupowali swoje wozy tworząc znacznie lepiej ufortyfikowane obozy. Obsesją Burów stała się chęć odwetu za dokonane zbrodnie, a żądza zemsty miała osiągnąć swoje apogeum w głośnej bitwie nad Krwawą Rzeką. Dochodząc jeszcze do siebie i planując odwet voortrekkerzy z głównego nurtu Wielkiego Treku założyli w urodzajnej okolicy Wolną Prowincję Nowej Holandii. W tym czasie mniejsza ich grupa pod przywództwem hodowcy bydła Louisa Trichardta podążyła na północ. Trichardt uzyskał miano najodważniejszego burskiego eksploratora, gdyż kierował się do świata będącego na mapach białą plamą, gdzie nie było wcześniej europejskich zwiadowców. Trekkerzy rozeszli się półkolem i zajęli, znajdujące się w ich mniemaniu jak najdalej od Brytyjczyków, tereny dzisiejszej prowincji Orania i Transwal. W międzyczasie w Transwalu Burowie uzyskali kolejnych męczenników, którzy zginęli z rąk plemienia Matabele. Śmierć dwudziestu trzech Burów wywołała odwetową ekspedycję karną, w wyniku której zginęło kilka tysięcy rdzennych Afrykanów.

Ziemia obiecana

Mimo że mniejsze grupy voortrekkerów nadal szukały swojego miejsca na ziemi, ta największa, która osiadła w Natalu, wciąż uwikłana była w konflikt z Zulusami. Ponadto w noc Wielkiego Mordu Zulusi uprowadzili znaczną część majątku trekkerów pod postacią dwudziestu tysięcy sztuk bydła i owiec. Burowie nie uważali się za najeźdźców, ale za dobrych chrześcijan, którzy dotarli do ziemi obiecanej. – pisze Hochschild – Czuli się osaczeni przez pogańskie hordy, które Bóg zesłał, by wystawić na próbę ich odwagę i zdecydowanie. Sytuacja, w której się znaleźli nie wyglądała dobrze: po atakach podupadło morale, obawiano się też kolejnych aktów agresji, brakowało pożywienia, amunicji, z trudem znajdowano bezpieczne pastwiska dla pozostałych zwierząt, szerzyły się choroby. Dodatkowo w kwietniu 1838 roku Zulusi zadali Burom dotkliwe straty, kiedy ci próbowali wziąć odwet za śmierć swojego przywódcy i ludzi.

Pod koniec roku, w trakcie którego toczyły się ciągłe walki, przybyła do oblężonego Natalu pomoc w sile sześćdziesięciu konnych z Andriesem Pretoriusem na czele. Postanowił on stoczyć bitwę, która raz na zawsze rozstrzygnie konflikt z Zulusami. W swoim wyposażeniu miał on konie, muszkiety i działa, czemu Dingane przeciwstawić mógł tylko wojowników z dzidami. Duchowy przywódca grupy, Sarel Cilliers, obsesyjnie chciał nadać religijny wymiar wyprawie, dlatego Burowie co wieczór odprawiali nabożeństwa, modlili się, śpiewali psalmy i wysłuchiwali kazania. Pisarz dodaje: Postanowili razem z Pretoriusem, że wszyscy członkowie oddziału muszą złożyć przysięgę: jeśli Bóg da im zwycięstwo w przyszłej wielkiej bitwie, oni i ich potomkowie będą po wiek wieków świętować ten dzień. Powtarzane codziennie aż do bitwy przyrzeczenie znane jest pod nazwą Ślubowania. Przypomniano sobie o nim kilkanaście lat później, w trakcie konfliktu z Brytyjczykami, i nadano mu status wielkiego wydarzenia historycznego, którego nigdy wcześniej nie miało. Stało się jednak kolejnym elementem rozbudowanej martyrologii Afrykanerów.

Przewaga techniczna Burów szybko przyniosła oczekiwane efekty i wojna została wygrana, mimo że taktyka, liczebność i odwaga Zulusów dotychczas zawsze zapewniała im zwycięstwo w walce z wszystkimi czarnymi ludami. Armia Dinganego była perfekcyjnie przygotowana do wojny, ale nie do bitwy, w której ścierały się cywilizacje. W takiej próbie sił Zulusi nie mieli żadnych szans. Cilliers wspominał: Zginęli chyba wszyscy, żaden nie ocalał. Widziałem na własne oczy, że woda wyglądała jak potok krwi, stąd wzięła się nazwa Krwawa Rzeka. Mimo że nie złamano ostatecznie siły militarnej Zulusów, to pokazano, że mając broń palną, można pokonać o wiele liczniejszych wrogów. Konsekwencją wysnutych z tego wniosków były wydarzenia najbliższego półwiecza, które wymienia pisarz, między innymi: kontynuacja Wielkiego Treku, brytyjski podbój Rodezji, ekspansja portugalskich kolonistów w głąb lądu czy brutalne przejęcie Konga przez Belgów.

Tożsamość zmityzowana

Hochschild zauważa, że nie istnieje zbyt wiele narodów, które jedno wydarzenie historyczne z tak dużym zapałem zamieniły w mit. Wszyscy Afrykanerzy muszą pamiętać o Wielkim Treku, a na każdym kroku upamiętniają go nazwy ulic czy szkół w najmniejszych nawet miejscowościach. Nowe pokolenia, także czarne dzieci, uczą się o dobrych pionierach i złych Brytyjczykach. Wiele miast, w tym stolica, Pretoria, noszą imiona i nazwiska poszczególnych uczestników wyprawy. Istnieje mnóstwo monumentów upamiętniających wydarzenie i setki pomniejszych miejsc pamięci. Opisywana bitwa nad Krwawą Rzeką również jest czymś więcej niż tylko historycznym faktem, gdyż okazała się zwiastunem batalii, która toczyła się w RPA jeszcze bardzo długo. Bronią białych nie były już jednak muszkiety, ale śmigłowce i broń automatyczna, szwadrony śmierci albo zakłamane konferencje prasowe z nigdy nie mającymi się ziścić obietnicami reform.

Dzień 16 grudnia – rocznica bitwy – jest świętem narodowym, a w kraju odbywają się wówczas setki uroczystości upamiętniających triumf Burów. W setną rocznicę bitwy, w 1938 roku, na zboczu wzgórza nad Pretorią zebrało się sto tysięcy ludzi – jedna dziesiąta żyjących wtedy Afrykanerów. Największe wówczas zgromadzenie w Południowej Afryce ujawniło siłę afrykańskiego nacjonalizmu, a przypływ związanych z obchodami emocji umożliwił zaledwie dekadę później błyskawiczny wzlot Partii Narodowej, w wyborze której brali udział wyłącznie biali obywatele. Angielski odkrywca Cornwallis Harris obserwując voortrekkerów w 1837 napisał: Jak dotąd ich droga była znaczona krwią i ślad krwi będzie się za nimi ciągnął, aż droga dobiegnie kresu.

Małgorzata Golik