19.11.2017: Władza zawsze zwycięży

Władza zawsze zwycięży

Chiński poeta i dziennikarz Liao Yiwu nie godząc się z postępowaniem władz w czasie pokojowych protestów w 1989 roku, kilka godzin po masakrze na placu Tian’anmen napisał wiersz Masakra. Mając świadomość do czego zdolna jest władza, a czego apogeum przypadło właśnie 4 czerwca, stworzył bardzo emocjonalny lament żałobny, pełen buntu i niezgody utwór, w którym wyraził swój sprzeciw i gniew. Kiedy wiersz został publicznie przedstawiony, spotkał się z ostrą reakcją władz, które szybko znalazły pretekst by aresztować jego autora. Z mało znanego poety i wagabundy, Yiwu stał się więźniem sumienia i bohaterem walki o wolność. Cenę, jaką musiał za to zapłacić, opisuje w wydanym poza granicami Chin reportażu Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu.

Masakra dokonuje się w centrum Utopii

Na początku 1989 roku, kiedy Yiwu mieszkał w Fulingu, przyjaciele z innych zakątków Chin informowali go o odbywających się w ich miastach protestach. Także o tym, że 16 maja przywódcy studenckiego ruchu sprzeciwu podjęli na placu Tian’anmen w Pekinie strajk głodowy przeciwko nie uznaniu przez władze pokojowej natury tego protestu. Ich działania obudziły nadzieje na zmiany w całym kraju, gdzie również zaczęto urządzać podobne strajki głodowe. Dodatkowo zbierano pieniądze na akcje mające zwiększać świadomość społeczną, roznoszono listy, ulotki i petycje. Yiwu skupiony na własnej twórczości odnosił się do wydarzeń z dystansem. Z czasem jednak, jak sam podkreśla: „Widok i dźwięki rewolucji wywabiły mnie z mojej samotni”. Pisarz, uczestnicząc w demonstracjach, na własnej skórze poczuł siłę niezadowolenia dużej części chińskiego społeczeństwa. Nie dało się już bowiem nie zauważyć siły gniewu i ducha zmian. Przestraszone tym władze podjęły działania. Ogłoszono stan wojenny, a wojsko dostało rozkaz wyjścia na ulice i usunięcia protestujących.

Studenci spodziewali się stłumienia buntu, ale przewidywali, że w najgorszym wypadku władze użyją przeciwko nim gumowych kul. Jednak żołnierze zaczęli strzelać do studentów i innych cywilów ostrą amunicją, nazywając to „duszeniem kontrrewolucyjnego buntu”. Namawiany przez kanadyjskiego przyjaciela do wsparcia młodzieży, Yiwu wziął do ręki pióro i rankiem po wydarzeniach napisał swój najważniejszy w życiu wiersz: Masakrę. „Krwawe stłumienie protestu w Pekinie było punktem zwrotnym w moim życiu. Postanowiłem iść – inaczej niż zwykle – ścieżką wymagającą bohaterstwa” – podkreśla poeta. Nagrał recytowany przez siebie utwór, dodał do niego podkład muzyczny i przekazał kasetę zatytułowaną Czas protestu przyjacielowi, który dostarczył ją do największych miast Chin. Na działania władz nie trzeba było długo czekać. Pretekstem do aresztowania za napisany utwór okazał się nakręcony wraz z przyjaciółmi film Requiem. Poeta spędził trzy miesiące w ośrodku przesłuchań, następnie ponad dwa lata w ośrodku zatrzymań. Ostatecznie, po zapadnięciu wyroku czterech lat pozbawienia wolności, pozostały czas zasądzonej kary przebywał w więzieniu. Zatrzymany w marcu 1990 roku, wyszedł na wolność w styczniu cztery lata później.

W międzyczasie chińska prokuratora pod naciskiem premiera Wielkiej Brytanii, na którego presję wywierali z kolei obrońcy praw człowieka, wycofała oskarżenie o domniemane zbrodnie, czego skutkiem było zwolnienie innych zatrzymanych w sprawie. Po długim i burzliwym śledztwie największy kontrrewolucyjny spisek trzydziestu pisarzy i poetów zamienił się w sprawę jednej osoby. Zarzuty pozostały te same, ale sprawca był już tylko jeden. Zachęcony odwilżą polityczną Yiwu napisał niezbędną mu do zakończenia procesu samokrytykę, w której wziął na siebie całą przypisywaną mu odpowiedzialność, określając swoje pisarstwo „błędem politycznym”.

Strupieszała machina państwa

Wiosną 1990 roku prosto z ulicy pisarz trafił do ośrodka przesłuchań. Nie przygotowany na aresztowanie i związane z tym procedury Yiwu już w trakcie kilkuminutowej rewizji osobistej zalał się łzami, do czego otwarcie przyznaje się przed czytelnikami. Chwili załamania, oznaki początkowej słabość, będzie później żałował wiele lat. Sam poeta dodaje „Nigdy nie miałem zamiaru być bohaterem, ale w kraju, w którym rządził obłęd, musiałem zająć jednoznaczne stanowisko. Masakra była moim utworem, a mój utwór moim protestem”. Gotowy czy nie, zmuszony był ponieść konsekwencje za swoją walkę piórem. Poeta i mąż, podpisujący swoje wiersze imieniem i nazwiskiem nagle stał się więźniem nr 0-9-9. W taki sposób zaczął nowe życie z nową tożsamością.

W czasie kiedy Yiwu uczył się nowych zasad życia za kratami, policja aresztowała jego przyjaciół i domniemanych wspólników zbrodni. Zatrzymana i przesłuchana została też ciężarna żona poety, która nigdy nie pogodziła się z tym, że jej mąż naraził ich wspólne życie na niebezpieczeństwo. Zakrojone na szeroką skalę naloty policji na innych poetów i pisarzy znających autora Masakry czy osób, które pomogły w kolportażu wiersza, wzbudziły dużą nerwowość w gronie chińskich literatów. Z punktu widzenia władz każdy bowiem piszący, z którym kiedyś kontaktował się poeta, był podejrzany – mimo że ani wówczas, ani w przeszłości nie był dysydentem czy wojownikiem o wolność. Do dzisiaj Yiwu nie wie ile w trakcie trwania tych akcji skonfiskowano rękopisów czy książek innych twórców.

Dzięki doskonałej pamięci i zmysłowi obserwacji pisarza mamy jako czytelnicy dostęp do mało znanych realiów chińskiego systemu więziennictwa. Poeta stopniowo zaczął zdobywać orientację w sztywnej hierarchii funkcjonującej w ośrodku przesłuchań. Zauważył, iż pod wieloma względami było to współczesne niewolnictwo. W jego maleńkiej, przeludnionej celi przywódcy stworzyli replikę państwowej biurokracji obowiązującej za murami więzienia. Autor wylicza długą listę tortur, których nazwy przypominają zwykły spis dań, takich jak duszona golonka wieprzowa, świeżo mielone tofu, czy grillowane podgardle, a za którymi kryją się okrutne czynności mające zadać ból, cierpienie i udrękę. To swoiste menu mogło być zaserwowane zatrzymanym zarówno przez innych osadzonych, jak i z rąk strażników.

Konfrontacja z innymi ludźmi z celi, reprezentującymi cały przekrój osobliwych postaci najczęściej zatrzymanych za pospolite przestępstwa, była jedną z lekcji życia jakie otrzymał pisarz. Ich zbrodnie Yiwu często uwypuklał w podtytułach rozdziałów książki, jak np. żonobójca, rębajło, obłąkaniec czy rabuś. Wśród licznych patologii, których był świadkiem, lub co gorsza doświadczył ich na własnej skórze, była wszechobecna przemoc i nieuzasadnione okrucieństwo, a także brutalne wykorzystywanie seksualne. Przy tego rodzaju zagrożeniach (z obu stron krat) głód, upał lub zimno, wszy, strach i codzienna bezczynność stanowiły wówczas mniejszy powód do zmartwień. Nie ukrywając, że dostosował się do panujących zasad pisze: „Musiałem jakoś przeżyć, nawet za cenę utraty godności”. I dodaje: „Z tym, że odkąd wsadzono mi pałeczki w odbyt, wątpiłem, czy zostały mi z niej [tzn. godności] choćby resztki”. Poeta sam przyznaje, że w więzieniu „nabrał rozmaitych złych nawyków”.

Ludzkość i gwiazdy upadają razem

Aresztowanemu poecie nie postawiono początkowo zarzutów, ale podczas przesłuchań starano się wszelkimi sposobami nakłonić go do mówienia i przyznania się do popełnionych przestępstw. Lista domniemanych win była długa: szkalowanie przywódców komunistycznych w utworach, krytykowanie decyzji partii, kolaboracja z zagranicznymi szpiegami w celu obalenia rządu, prawdziwe (i domniemane) przyjaźnie i kontakty. Władze na przemian prosiły, groziły lub zastraszały np. aresztem dla żony, która miała już wówczas małe dziecko. Próbowano go nawet przekupić gwarantując wolność, za obciążające innych oskarżonych w kontrrewolucyjnym spisku zeznania. Wraz z upływem czasu Yiwu mógł sobie pozwolić na coraz więcej, gdyż studiując chiński kodeks postępowania karnego, wiedział co może powiedzieć i wykorzystywał to w rozmowach z przesłuchującymi.

Poeta i pisarz, przyzwyczajony do przelewania myśli i uczuć na papier, dostawał niewielką jego ilość i ołówek zaledwie na dwie godziny w miesiącu. W tym czasie musiał napisać wiele własnych listów, a także pisać je dla innych, często stojących wyżej w hierarchii więźniów. Niejednokrotnie pomagał niepiśmiennym osadzonym w sporządzeniu odwołania od wyroku czy testamentu. W Ośrodku Góra Song, gdzie początkowo przebywał, codziennie odbywały się przyjęcia i zwolnienia, dzięki czemu sprawnie funkcjonował też nielegalny system pocztowy. Okazało się to dla niego wybawieniem, gdyż w ten sposób można było zdobyć potrzebne mu przedmioty. Dodatkowo w trakcie odbywania kary, władze zliberalizowały restrykcyjne przepisy na skutek presji Zachodu domagającego się od chińskiego rządu respektowania praw człowieka. Od tego czasu więźniowie mogli też pisać na odwrocie przydzielanych im małych formularzy służących do sporządzania wniosków do rodzin o odzież lub pieniądze. Znajomość rządzących więzieniem praw czyniła życie w celi całkiem znośnym. Czas płynął też szybciej, kiedy przeniesiony już do ośrodka karnego Yiwu zgodnie z nakazem wykonywał swój dziesięciogodzinny przydział pracy fizycznej, jaką w jego przypadku było sklejanie papierowych saszetek na leki. Monotonna czynność, nazywana przez władze naprawą przez pracę fizyczną, okazała się pomocna w „zabijaniu czasu”.

Yiwu przybliża nam również inne, nieznane aspekty wewnętrznego świata chińskich więzień. Opisuje popularne w Chinach, także w miejscach odosobnienia, kampanie polityczne. Zazwyczaj odbywały się co najmniej dwie na rok. W czasie jego pobytu ich hasła brzmiały: „Przyznaj się do winy i donoś na innych” oraz „Rozprawmy się z więziennymi katami”. Od rezultatów tych kampanii zależały awanse i premie funkcjonariuszy, więc jak można się domyślać, wszyscy więźniowie – rzadko z własnej woli – brali udział w każdej z nich. Okazywały się one przebiegać wyjątkowo dobrze, gdyż jak podkreśla Yiwu Ośrodek Góra Song słynął z „łamania” zatwardziałych przestępców.

W międzyczasie poeta poznał też wielu skazańców, którzy otrzymali karę śmierci. „W Chinach prawdopodobnie wykonuje się więcej wyroków śmierci niż w jakimkolwiek innym kraju na świecie” – pisze i dodaje, że w samych latach dziewięćdziesiątych stracono tam od dziesięciu do piętnastu tysięcy osób. Od części z nich przed wykonaniem wyroku pobierano organy do przeszczepu. Jeden z więźniów powiedział mu nawet: „Należy czerpać pociechę z faktu, że dzięki nam inna osoba może odzyskać zdrowie. Inaczej nasza krew i narządy by się zmarnowały”.

Kiedy Yiwu wyszedł w końcu z więzienia żona już na niego nie czekała. Nie wytrzymała bowiem konsekwencji bycia w związku z dysydentem – nalotów policji, aresztu, samotnego porodu i wychowywania dziecka w strachu. Dla córki, z którą mógł się w końcu spotkać, był tylko „łysym przestępcą”. Opisywała go ona bowiem słowami, jakimi określała go jej matka. Odeszli przyjaciele, bliscy i znajomi. Odwiedzali go za to, z dość dużą regularnością, funkcjonariusze policji, którzy mimo odzyskanej przez poetę wolności nie spuszczali go z oczu. Ponadto Yiwu, nie mogąc zrozumieć zmian, jakim w tym czasie uległa jego ojczyzna (nie zainteresowanych wolnością czy prawdą Chin podążających za pieniędzmi), z poczuciem porażki wrócił do rodziców. Zostały mu tylko wspomnienia i pióro. Poeta gorzko podsumowuje: „Raz w życiu stanąłem w obronie zasad, w które wierzyłem, ale zaciągnąłem tak wielkie długi, że w tym życiu nie jestem w stanie ich spłacić”.

Wolność także powstanie z popiołów

We wstępie do polskiego wydania książki Herta Müller, która również z powodów politycznych musiała opuścić miejsce swojego urodzenia, pisze, czym jest ojczyzna dla prześladowanych. Jest to miejsce gdzie się urodzili, długo żyli, skąd uciekli i dokąd nie mogą powrócić. I chociaż można by w tym momencie przestać o niej myśleć, pozostaje ona jednak najintymniejszym wrogiem. Jest to bardzo trudne i niekiedy odbiera nadzieje.

Sama książka powstawała długo, z powodu trudności piętrzonych przez chińską służbę bezpieczeństwa. Pierwsza wersja została zapisana na rewersach kopert i skrawkach papierów dostarczanych poecie przez rodzinę do więzienia. Stworzony wówczas rękopis skonfiskowano jednak po wyjściu Yiwu na wolność podczas przeszukania jego mieszkania. Praca nad kolejną wersją trwały trzy lata, a powstały materiał ponownie został zarekwirowany przez władze wraz z pozostałymi, nie opublikowanymi jeszcze utworami. Sam Yiwu żartował, że czuł się jak pisarz tworzący dla policji, gdyż to funkcjonariusze byli wówczas jego jedynymi czytelnikami. Pisze: „Na czarny humor zakrawa fakt, że policja wczytywała się w moje utwory uważniej niż nawet najdokładniejsi redaktorzy”. Biorąc przykład z Aleksandra Sołżenicyna i jego Archipelagu Gułag, postanowił iść jego śladem i wydać książkę za granicą, gdyż wówczas nie będzie można jej już zniszczyć. Tak też zrobił z jej ostatnią wersją, którą wywieziono po kryjomu do Niemiec i Tajwanu. Mające zaraz potem miejsce spotkania z policją, grożącą mu więzieniem lub wręcz „zniknięciem”, spowodowały, że z pomocą odważnych przyjaciół poeta zdecydował się na ucieczkę z kraju.

Zapytany w wywiadzie o to, jak, mimo lat cierpień i lęku o najbliższych, nadal może pisać, ten odrzekł: „To, że tyle przecierpiałem, stało się częścią mojego kapitału jako pisarza. To, co przeżywałem wraz z innymi ludźmi, i to, czego się od nich nauczyłem, pomnożyło ten kapitał. Nauczyłem się, że można doświadczyć czegoś bardzo trudnego, co bardzo wiele człowieka kosztuje, a jednak przetrwać, a nawet więcej – odkryć, że trzeba przetrwać, że jest to swoista powinność”.

Małgorzata Golik

W tytule i śródtytułach wykorzystano fragmenty utworu Masakra Liao Yiwu.