27.12.2015: Szczodre Gody – Boże Narodzenie

© Urszula Antosz-Rekucka

© Urszula Antosz-Rekucka

Szczodre Gody – Boże Narodzenie

Pierwsi chrześcijanie nie upamiętniali narodzin Jezusa. Kiedy w IV w. obchody takie zaczęły się pojawiać w kalendarzu liturgicznym, nie od początku przypadały na 25 grudnia. Fakt, że dziś właśnie w tym dniu świętujemy Boże Narodzenie, zawdzięczamy faktowi, że zgodnie z obowiązującym wtedy kalendarzem był to czas przesilenia zimowego[i], kiedy w Rzymie obchodzono narodziny boga Mitry. Utożsamiano go z Niezwyciężonym Słońcem – Sol Invictus – które odnosi zwycięstwo nad nocą. Kościół zaadaptował tę datę, co okazało się przydatne podczas chrystianizacji innych pogańskich ludów, dla których okres przesilenia był równie ważny.

Nie inaczej było w przypadku Słowian. Słońce, dawca życia, wracało do pełni swych sił, obchodzono więc obrzędy mające zapewnić obfitość plonów w nowym roku, który właśnie się zaczynał. Dodatkowo był to również czas zaduszny, kiedy przodkowie przybywali z powrotem na ziemię. Tradycje te nie zniknęły zupełnie. Współcześnie polscy rodzimowiercy, na wzór przodków, w dniu przesilenia obchodzą Szczodre Gody. Ślady dawnych wierzeń odnajdujemy także w polskich zwyczajach ludowych praktykowanych już przez chrześcijan. W szczątkowej formie są one z nami do dziś.

Z myślą o przybywających zmarłych, w Wigilię nie zamykano drzwi do sieni, a nim się usiadło, należało dmuchnąć, aby przypadkiem nie skrzywdzić jakiejś zabłąkanej duszy. Z podobnych przyczyn obowiązywał zakaz szycia, przędzenia czy skręcania powrozów. Na wigilijną ucztę zapraszano zwierzęta, których postać mogli przybrać przybysze z zaświatów. To dla zmarłych właśnie przeznaczone było wolne miejsce przy stole. Wieczerza oznaczała wspólną ucztę żywych i duchów. Kutia, którą do dziś stawiamy na wigilijnym stole, była potrawą jedzoną na stypach. Jej główne składniki to miód – częsty dar ofiarny i mak – symbol zaświatów (jako roślina wywołująca sen, kojarzony był ze śmiercią). Spożywane w różnej formie grzyby, pochodzące z lasu – tajemniczego terenu poza władaniem ludzkim, także wpisują się w ten schemat[ii].

Kosztowanie wszystkich przygotowanych dań miało zapewnić obfite plony. Domy przystrajano snopkami zbóż, sianem i słomą – znakami płodności rolnej. Nieraz rozściełano je na stole, pod obrusem – stąd dzisiejsze „sianko”. Później tą słomą obwiązywano drzewa owocowe, aby lepiej rodziły. Dostatek miały sprowadzić także gałęzie drzew iglastych. Wyrabiano z nich podłaźniki (podłaźniczki), które, obwieszone jabłkami, orzechami, nasionami czy ciastkami, umieszczano pod sufitem. Pod takim podłaźnikiem można było dziewczynie skraść pocałunek (więc po co nam jemioła?). Współcześnie został on już zupełnie wyparty przez germańską choinkę, której pierwotne znaczenie było podobne. W XV-wiecznych Niemczech zwyczaj jej stawiania był krytykowany przez Kościół, jako pogański[iii].

Wydarzenia mające miejsce 24 grudnia uważano za zapowiedź tego, co będzie się działo w nadchodzącym roku. Dlatego nie należało się kłócić, ani pożyczać przedmiotów sąsiadom (mogło się  to skończyć kłopotami finansowymi). Był to również czas wróżenia, a przyszłość mogły przepowiedzieć nawet zwierzęta przemawiające ludzkim głosem. O północy miały się dziać i inne cuda: zakwitały kwiaty, woda zmieniała się w wino i miód, a ziemia odsłaniała ukryte skarby.

Nie ulega wątpliwości, że i dla wielu współczesnych ludzi koniec grudnia to czas magiczny i wyjątkowy. Ale warto pamiętać, że świętowali i świętują wówczas nie tylko chrześcijanie, a i w naszych „ochrzczonych” zwyczajach tkwią elementy dawnych wierzeń.

[i] M. Ziółkowska, Szczodry wieczór, szczodry dzień, Warszawa 1989, s. 149.

[ii] A. Zdrożyńska, Powtarzać czas początku, Warszawa 1985, s. 59-60.

[iii] M. Borejszo, Boże Narodzenie w polskiej kulturze, Poznań 1996, s. 26.

Aleksandra Pasierb